Z przygodą na ty Strona Główna



Z przygodą na ty

Forum Miłośników Przygody im. Pana Samochodzika

• FAQ • Dane_osobowe • Szukaj • Użytkownicy • Grupy
• Rejestracja • Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Wywiad z Kapitanem Kotiukiem - część II
Autor Wiadomość
Czesio1
Administrator
Ojciec Prowadzący



Wiek: 42
Dołączył: 07 Lip 2013
Posty: 10536
Wysłany: 2013-11-05, 23:37   Wywiad z Kapitanem Kotiukiem - część II

[W imieniu zbychowca]

Publikuję drugą część wywiadu Brunhildy z Kapitanem. Zamieszczam go w tym dziale, bo myślę, że tu bardziej pasuje.
Brunia spotkała się z Kapitanem w Górach Błekitnych, czyli tam, gdzie i ja się błąkałem w czasie swojej wizyty w Australii (oczywiście opiszę to już niedługo). W tle słyszycie charakterystyczny dźwięk cykad, który jest tam wręcz ogłuszający.

BR: Jesteśmy ponownie z Kapitanem Krzysztofem Kotiukiem, już po australijskiej premierze filmu "The Captain and his Pirate", która odbyła się w kinie w Paddington w ramach festiwalu Antena. Relaksujemy się właśnie w Loura w Górach Błękitnych, podziwiamy boskie widoki przy kalmarach, a więc także w trochę morskim klimacie. Dzień dobry Panie Kapitanie. Pierwsze pytanie, które nasuwa się po obejrzeniu filmu: jak to w ogóle było możliwe, że udało się ten film zrobić w formie wywiadu z przywódcą piratów?

Kapitan: Dzień dobry Państwu. Student, który robił ten film, dowiedział się wcześniej ode mnie, że dowódca grupy piratów miał spaloną rękę. Jako dziecko wpadł do ogniska i mama mu zawinęła po prostu tą rączkę w bandaże. Kiedy je zdjęła okazało się, że palce były zrośnięte ze sobą. To był taki właśnie jego znak szczególny. Opowiedziałem o tym kiedyś temu studentowi, a on na to: "W takim razie będziemy go szukać." Zapytał mnie, czy znam jakiegoś Somalijczyka, ja mu na to, że tak, że jest taki chłopak, który gra w piłkę u mojego kolegi trenera z Polski w Aachen. Dałem mu numer telefonu do kolegi i poleciłem się skontaktować. Andy (ten student) posłuchał mojej rady. Przez parę miesięcy po tym wydarzeniu nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Nagle w nocy dostaję telefon i słyszę w słuchawce: "Captain, can you help me?" Mówię: "Co jest? O co chodzi? W nocy Andy dzwonisz, czy zwariowałeś? Jeszcze mówisz po angielsku do mnie." A on mówi: "Ale ja jestem w Somalii. Szybko, powiedz coś, porozwiawiaj z twoim piratem bo jestem w niebezpiecznej sytuacji. Ten pirat nie wie, czy ja nie przyszedłem go zlikwidować, czy nie przysłały mnie jakies jednostki specjalne. Dwa słowa." Ja na to: "Andy, oszalałeś? Ty mnie robisz kłopot. Ja jestem cały czas na nasłuchu Bundeskriminalamt i ta rozmowa na pewno jest nagrywana i będę miał kłopoty." On: "Panie Kapitanie, bardzo pana proszę! Niech pan chociaż dwa słowa zamieni!" Odezwałem się do słuchawki, a po drugiej stronie słyszę: "Captain, Captain, how are you?" z wyraźną radością w głosie. Mówię mu, że Andy jest ode mnie, że to jest student i film kręci. On na to, łamaną angielszczyzną: "OK, OK, no problem for Andy. No any problem more." Tak się rozpoczęła ta cała historia z robieniem wywiadu z moim piratem.

BR: Pirat mówił po angielsku czy przyuczył się przy was na statku?

Kapitan: Myślę, że paru słów nauczył się przy nas na statku, a później podszkolił się samodzielnie przez te parę miesięcy, które upłynęły od uwolnienia zakładników do rozpoczęcia filmu. Zresztą on opowiadał, że jeszcze dwa statki w tym czasie porwał. Tak, to jest normalna praca u nich.

BR: Jak się z nimi porozumiewaliście, gdy napadli na statek?

Kapitan: Po trzech dniach od napadu dołączył do nas ich tłumacz, też Somalijczyk. Uważałem go również za pirata, bo chodził z bronią. Jego angielski nie był doskonały, ale nie mieliśmy problemów z porozumiewaniem się z nim.

BR: Czy na takim statku można łowić ryby?

Kapitan: Na statku nie bardzo. Chyba, że statek stoi na redzie w porcie i się nie rusza. W ruchu nie da się złapać żadnej ryby. Jak stoi w porcie na kotwicy to można sobie troszkę powędkować. W Somalii, z uwagi na to, że po miesiącu skończyło nam się jedzenie i zaczęła się głodówka, ja ubłagałem tego szefa piratów, żeby dał nam pozwolenie na łowienie ryb. Tak się składało, że moja załoga rekrutowała się z wysp Tuvalu a tam prawie wszyscy są rybakami. Oni zaimprowizowali sobie jakieś wędki ze sznurków i haczyków, wykorzystali przedmioty na wyposażeniu szalup ratunkowych (zawsze na łodzi ratunkowej jest wędka i parę haczyków do dyspozycji). Zaczęli łowić te ryby, ale tam na szelfie koralowym nie było nic specjalnego. Raz nam się udało złapać małego rekina, to żeśmy go cztery razy gotowali i zmieniali za każdym razem wodę, ale i tak było czuć moczem, był nie do zjedzenia. Tuvalu oczywiście zeżarli go bo oni jedzą wszystko...

BR: Zdaje się, że nawet na surowo...

Kapitan: Tak, na surowo. Poza tym, jak złapią, to nikomu nic nie mówią, tylko na miejscu szybciutko połykają tą rybę z ośćmi i z głową.

BR: Tuvalu to zdaje się ludzie trochę prymitywni.

Kapitan: Tak. Teraz trochę się to uspokoiło, ale jeszcze kilkanaście lat temu tam żyli ludożercy. Nawet na statku przez pewien czas czułem się niebezpiecznie z tego powodu. Po raz pierwszy w mojej 30-letniej karierze zamykałem kabinę na klucz jak kładłem się spać. Tam, na południe od Hawajów, na Cook Islands, Fiji, mieszkają takie grubasy to 120-140 kilo, wytatuowane i żarłoczne. Trzeba było na nich uważać.

BR: A jak oni w ogóle znaleźli się na statku w charakterze załogi?

Kapitan: Normalnie, armator szukał tanich marynarzy i wpadł na pomysł, żeby pojechać na wyspy Kiribati i Tuvalu. Tam założył niby szkołę morską a tak naprawdę dającą trzymiesięczne kursy dla marynarzy. Stamtąd mieliśmy załogę do prac podstawowych na statku. Dla mnie to zwykłe lenie, ledwo mogący się ruszać, nieprzyzwyczajeni do pracy. Oni zawsze leżą sobie pod palmą i czekają aż im kokos spadnie. Dla armatora jednak taki delikwent liczył się jako załoga, stanowczy oficerowie gonili ich do roboty i tak jakoś to działało.

BR: Czyli na statku było pięciu Niemców i wszyscy byli oficerami.

Kapitan: Na statku było pięciu Niemców. Ja sam byłem za Niemca, drugi oficer, Fryderyk, następnie miałem dwóch kadetów, 18-letnich chłopców, którzy pierwszy raz byli na statku i przeżyli taką straszną historię.

BR: To chyba juz nie będą kontynuować tej przygody.

Kapitan: Tak. Obydwoje skończyli szkołę morską i pracują w biurze. Nie pływają.

BR: A pierwszy oficer?

Kapitan: Pierwszy oficer był z Rosji. Naprawdę doskonały. Pierwszy mechanik nazywał się Leonid Mickiewicz. Nasz Adaś był jego stryjecznym dziadkiem...

BR: Naprawdę?!

Kapitan: Tak. Sprawdzaliśmy jego drzewo genealogiczne. On mieszka w Kaliningradzie, część jego rodziny mieszka na Białorusi a część w Polsce na Pomorzu. Drugiego mechanika miałem z Leningradu, trzeciego oficera z Ukrainy i mechanika-spawacza z Ukrainy. Wszyscy byliśmy kontraktorami.

BR: Jak Rosjanie przeżyli to porwanie?

Kapitan: Zupełnie przyzwoicie. Przypuszczam, że ciężkie życie w Rosji i dobre wyszkolenie pomogło im to przeżyć. Poza tym większość była w maszynowni, a ja załatwiłem z szefem piratów, że przy maszynie musi być osobna wachta mechaników. Tak więc ostatecznie na mostku, pod stałą obserwacją piratów, było 13 osób w tym ja, załoga maszynowa była przy maszynie a nasz kucharz w kuchni razem ze stewardem.

BR: A Rosjanie nie chcieli wystrzelać tych piratów?

Kapitan: Chcieli. Nieustannie mnie namawiali, żeby zrobić jakiś bunt. Długo dyskutowaliśmy na ten temat, ale nie zgodziłem się na taką opcję, bo to było zbyt niebezpieczne. Musielibyśmy obezwładnić któregoś z piratów, zabrać mu broń i potem zabijać po kolei, a ja nie uznaję takich metod.

BR: Na statku nie ma broni, prawda?

Kapitan: Nie, na statku nie może być broni. Kiedy przechodzę w porcie procedurę clearance, wypełniam specjalną listę i wymieniam, że nie posiadam na statku żadnych zwierząt, narkotyków i broni. Gdybym napisał, że mam broń, to trzeba robić specjalną odprawę, kwarantannę itp. Trzeba mieć też specjalne pomieszczenia do przechowywania broni i to wszystko bardzo dużo kosztuje. Morskie przepisy zabraniają posiadania broni. Nawet zrezygnowano z posiadania rakietnic. Obecnie race są wystrzeliwane ze specjalnej rury tekturowej, nie z pistoletu.

BR: Rosjanie byli jednak przygotowani na to żeby piratów powybijać?

Kapitan: No tak, bo oni są trochę inaczej wyszkoleni. Oni mają taką paramilitarną szkołę, gdzie uczą się także technik walki. Najchętniejsi do buntu byli pierwszy mechanik i pierwszy oficer.

BR: Wróćmy do jedzenia. Na statku jest jakiś zapas żywności...

Kapitan: Ja zawsze staram się zaopatrzyć statek w żywność na półtorej czasu trwania rejsu. Nasz rejs miał trwać miesiąc, więc nakupiliśmy w Jebel Ali żywności na półtorej miesiąca. Niestety, jak piraci wpadli na statek i zajrzeli do chłodni, zobaczyli, że jest tam świńskie mięso (a oni wszyscy byli muzułmanami), to wszystkie produkty ze świni poszły za burtę. Po miesiącu, mimo, że bardzo oszczędzaliśmy, żywność nam się skończyła. Wtedy, tak jak wspomniałem przed chwilą, musiałem ubłagać szefa piratów, żeby pozwolił nam na połów ryb. Zgodził się i od tej pory łowiliśmy, czsem godzinę, czasem i dwie godziny nam pozwałał łowić jak miał dobry humor. Mieliśmy też w tym wszystkim niesamowite szczęście. Podczas rabowania kontenerów (nasz statek był kontenerowcem i płynął z ładunkiem), okazało się, że jeden z kontenerów jest zapełniony ryżem. To nam uratowało życie. W innych kontnerach znaleźliśmy trochę mleka w proszku i parę kilo masła. Od tego momentu nasza dzienna racja wyglądała tak jak w Chinach: miseczka ryżu posypanego mlekiem w proszku, to gotowaliśmy w wodzie skroplonej na klimatyzacji.

BR: Woda która cieknie z klimatyzatora.

Kapitan: Tak. Woda w zbiornikach szybko nam się skończyła, zostało coś w rodzaju mułu na dnie, a tego nie można pić. Wykorzystywane było jedynie do chłodzenia maszyny. Kazałem więc zespawać taką dużą rynnę metalową i podstawić ją pod klimatyzator. Brudna woda z klimatyzacji skapywała tam, my ją zbieraliśmy, oczyszczaliśmy i gotowaliśmy. Bardzo przykre w tym wszystkim było to, że armator w trakcie naszej gehenny wmawiał naszym rodzinom, że załatwia nam wodę, żywność na statku. Mówił im, żeby się nie martwili, że wszystko jest w porządku, a myśmy głodowali i umierali z pragnienia.

BR: Czy piraci wykorzystywali to by znęcać się nad wami psychicznie?

Kapitan: Trochę. Robili sobie żarty. Nawet ten szef piratów w wywiadzie opowiada, jak przyszedł z butelką wody i, widząc, że mam wysuszone usta i pragnienie, zmoczył mi tylko twarz wodą. Dla nich to była zabawa i przy okazji tortury psychiczne. Fisycznie nikt nas nie bił, nie maltretował, ich celem było złamać nas psychologicznie, żeby zmusić nas do błagania bliskich i armatora o okup.

BR: Jak sami piraci mogli przetrwać na tak małych racjach żywności i wody?

Kapitan: Piraci byli do tego przyzwyczajeni, bo oni całe życie głodują. W Somalii nie ma zbytnio co jeść. Przede wszystkim, żeby zredukować pragnienie i łaknienie, piraci żuli Khat (Khat jest rośliną rosnącą głównie na zachodnim rogu Afryki i na Półwyskie Arabskim. Żucie Khatu ma bardzo długą, sięgającą kilku sysięcy lat, tradycję, wśród społeczności zamieszkujacych te tereny. Żucie Khatu powoduje podniecenie, euforię, zanik apetytu. W Polsce znana jako Czuwaliczka jadalna, jest też całkowicie zakazana jako narkotyk. - przyp. zbychowca). Khat to jest taki arabski narkotyk, sadzonki mają wysokość 30-40 cm, patyczki z liśmi, oni obrywają liście i żują łodyżki. Wypluwają patyki a sok połykają. Ja też spróbowałem, bo myślałem, że pomoże mi w opanowaniu nerwów. Nie miało jednak na mnie żadnego wpływu. Załoga cały czas to żuła ze strachu. Trudno powiedzieć, czy to działa. Redukuje trochę łaknienie i pragnienie, ale nie uspokaja. My raczej jesteśmy przyzwyczajeni do trunków.

BR: A czy trunki były na pokładzie?

Kapitan: Były, i o to też najbardziej się bałem. Przede wszystkim alkohol i papierosy trzyma się dla celników. Gdy przychodzą na odprawę, trzeba dać na łapówę w każdym porcie, żeby nie robili kłopotu. Marynarze też popijają w wolnym czasie, nie robi się o to problemu. Kiedy piraci opanowali statek, ja przeraziłem się, że znajdą ten alkohol, zaczną pić, i jako że muzułmanie mają słabe głowy, stworzy to wielkie niebezpieczeństwo. Dlatego postanowiłem ten zapas po kryjomu zniszczyć. Powiedziałem, że idę się wykąpać do kabiny (którą miałem w zastępstwie swojej dawnej kabiny spalonej podczas ataku na statek) i gdy tam byłem, wylałem zawartość butelek do zlewu.

BR: Czy piraci obrabowali was?

Kapitan: Oczywiście. Odebrali nam wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Aparaty fotograficzne, komórki, laptopy. Moje rzeczy w większości się spaliły podczas ataku. Jak zapewne pamiętacie z poprzedniego wywiadu, piraci, aby nas zatrzymać, strzelili do nas z bazooki. Pierwszy strzał poszedł w moją kabinę, spowodował on pożar, spaliło sie pół statku. Po ugaszeniu tego pożaru, piraci przyszli do nas i zabrali wszystko, co było do zabrania. Wcześniej, gdy dowiedziałem się od trzeciego oficera, że piraci się do nas zbliżają, zdjąłem z palca mój sygnet i wcisnąłem go w dużą donicę z kwiatami (spodziewałem się, że będą rabować). Jak się później okazało, w trakcie pożaru w mojej kabinie zniszczeniu uległo absolutnie wszystko: dokumenty, patenty statku, mój mundur. Ziemia się usmażyła, ale sygnet w środku pozostał nienaruszony. Mam go do dziś.

BR: Zachował się również medalik...

Kapitan: Medalik się zachował, może dlatego, że po jakimś czasie zacząłem mieć w miarę dobry kontakt z piratami. Pewnego razu jeden z piratów zobaczył, że mam medalik z Matką Boską na szyi (medalik przedstawiający Matkę Boską Cedrową kupiony w Bejrucie na pamiątkę), podszedł i chciał mi go zerwać. Ja go złapałem za rękę, wtedy podbiegł do nas szef piratów i pyta: "Co to jest?" Ja na to: "Nie ruszaj bo to jest moja matka!" On: "Oo, to przepraszam. Jeśli to matka, to w porządku."

BR: Załogę złożoną z tylu narodowości chyba trudno było utrzymać w ryzach?

Kapitan: To jest jeden z problemów kapitana. Ostatnio jest taki trend, że armatorzy, chcąc ciąć koszty, rekrutują ludzi z różnych części świata. Pływałem już z Chińczykami, Ukraińcami, Rosjanami, ludźmi z Cape Verde, Wysp Kiribati i Tuvalu. Każda z tych nacji ma swoją religię, obyczaje i zachowania. To powoduje tarcia i konflikty. Teoretycznie jest się kapitanem i można narzucać swoje zdanie, ale nie można też doprowadzać do sytuacji zbyt stresujących, bo to wpływa na efektywność pracy załogi. Juz przed atakiem piratów miałem trochę problemów z tą załogą: Niemcy nie lubili Ruskich, Ruscy nie lubili Filipińczyków, Filipińczycy nie lubili Tuvalu i tak dalej. Próbowałem te tarcia rozładowywać jakimś małym grillem, wspólnym piwkiem i dość dobrze mi to wychodziło. Starałem się też szanować wszystkich ludzi, oni to widzieli i doceniali. Jednak w sytuacji zagrożenia życia, każdy próbuje znaleźć swój własny sposób na wyjście cało. Wtedy sytuacja bardzo się komplikuje, bo w takich sytuacjach już nikt nie słucha kapitana. Przejawiało się to np. w sytuacjach typu rabowanie kontenerów: Tuvalu pomagali piratom w tym rabunku i wydawało im się, że stali się dzięki temu ich kumplami. W pewnym momencie jeden rozzuchwalonych z Tuvalu powiedział do mnie, że już nie jestem kapitanem i żebym się nie wtrącał. Wypchnął mnie z mesy bardzo energicznie. Zauważył to somalijski kucharz (któremu wcześniej uratowałem życie) i doniósł do szefa piratów, Ahadu. Później, gdy zebraliśmy się na mostku do spania, szef piratów przykuł tego Tuvalu do relingu. Gdy to zauważyłem, pobiegłem do pirata i poprosiłem go, żeby tamtego uwolnił. Bałem się, że tamten pomyśli, że to ja doniosłem i że którejś nocy poderżnie mi gardło. Były więc na statku momenty niebezpieczne nawet z moją własną załogą.

BR: Jak wyglądało codzinne życie? Sprawy higieniczne?

Kapitan: Na początku piraci trzymali nas wszystkich na mostku. Przedzielili mostek grubym łańcuchem: po jednej stronie byliśmy my, 24 osoby, leżący na podłodze. Po drugiej stronie dwudziestu piratów i ciężki karabin maszynowy wycelowany w naszym kierunku. Jak tylko któryś z nas drgnął, podnosił się, to już jeden z piratów leciał do tego karabinu maszynowego a reszta łapała za swoje Kałasznikowy. Na mostku była jedna toaleta i tylko z niej mogliśmy korzystać, bo wyjście z mostku było zamknięte. Piraci, jako muzułmanie, nie podcierali się, tylko polewali wodą. W połączeniu z faktem, że toaleta działała w trybie vacuum (wysysanie zawartości, nie spłukiwanie), stwarzało to olbrzymie problemy (pominąłem opis, jakie - zbychowiec). Warunki higieniczne były tragiczne. Na szczęście na statku było bardzo dużo środków czyszczących. Czyściliśmy Sidolem naszą połowę mostku, a swojej połowy piraci nie pozwalali ruszać. Zalegały tam więc ich wszystkie wydzieliny, to co wypluwali, resztki jedzenia - smód, bród i ubóstwo. Tragedia. Oni na tym leżeli, spali, łazili po tym. Dużo z nich było poranionych, miało zadrapania i otwarte rany na nogach i rękach. Stanowiło to olbrzymie zagrożenie także dla nas.

BR: A jak wyglądało wasze uwolnienie? Przyleciały po was jakieś helikoptery, podpłynął jakiś statek?

Kapitan: Nie było to takie proste. To była bardzo skomplikowana procedura. Najpierw musieliśmy podpisywać masę dokumentów, że rozumiemy procedurę. Trwały negocjacje z piratami, szefowie piratów też podpisywali te papiery. Procedura precyzyjnie określała co ma się stać w danym momencie, w przeciwnym razie miano wstrzymać wypłacanie pieniędzy. Po czterech miesiącach pertraktacji ustalono wysokość okupu na 2.75 miliona dolarów amerykańskich. Przyleciał samolot (angielski, Anglicy wyspecjalizowali się w dostarczaniu okupu), zrobił dwa kółka nad statkiem. Jedna łódź piracka była na wodzie i robiła kółka, żeby pokazać, że to ci właściwi piraci. Potem dodatkowo zapalili pomarańczową świecę dymną. Wtedy samolot podleciał i zrzucił olbrzymi plastikowy worek z pieniędzmi. Samolot zrobił kółko a oni w tym czasie musieli podnieść worek i położyć na swojej łódce. Za chwilę samolot zrzucił drugi worek, piraci przywieźli oba na statek. Następnie ja te pieniądze musiałem dokładnie przeliczyć, podpisać, wysłać faks do Kompanii że piraci pieniądze otrzymali. Wtedy zaczęła się procedura opuszczania statku. Piraci nie byli na tyle głupi, żeby wszyscy na raz wyjechać z okupem (wtedy zaatakowałaby ich marynarka, zlikwidowała i odebrała okup). Zrobili więc następująco: Wszyscy piraci zgromadzili się na statku. Rozdzielili pieniądze, każdy dostał swoją działkę i z tą działką jechał do domu. Oprócz pieniędzy, wieźli ze sobą jakieś telewizory, ukradzione buty, ciuchy z kontenerów i inne łupy. Robili to partiami. Dwie łódki odpłynęły, wróciły puste, znów je załadowano i odpłynęły, wróciły po następnych i tak dalej. To trwało cztery godziny (do brzegu było dość daleko). Ja poprosiłem o telefon prywatny do fregaty niemieckiej, która nas przez całe cztery miesiące obserwowała i szukała możliwości, żeby zaatakować i nas oswobodzić. Nie chciałem dzwonić przez UKF bo ten sprzęt mieli również piraci. Chciałem tym z fregaty powiedzieć, w którym momencie mają wysłać helikopter. Miało to nastąpić w momencie, gdy te dwie łódki będą po raz ostatni odpływać w kierunku brzegu i będą już na tyle daleko, że nie zdążą zawrócić i dotrzeć do statku (mogli wrócić, przejąć statek i wszystko zaczęłoby się od nowa). Nie mogło to też nastąpić za późno, bo w naszym sąsiedztwie kręciły się już łodzie innych piratów, którzy chcieli nas przejąć. Gdyby fregata wysłała helikopter z ochroną za późno lub za wcześnie, wszystko mogło pójść na marne. Zresztą piraci też bali się innych piratów. Pierwsze dwie łódki popłynęły na brzeg głównie po to, żeby sprawdzić, czy inne klany pirackie nie zaczaiły się tam na nich by odebrać okup. Na samym końcu, gdy pirackie łódki odpływały już ostatni raz, wpadło mi coś do głowy. Postanowiłem, że w geście szacunku wobec mojego pirata, podaruję mu swoje buty, lakierki do munduru kupione w Pakistanie i podkoszulek z moim imieniem i nazwiskiem. Zasługiwał on na szacunek, bo nie raz bronił nas przed innymi piratami, dochodziło często do strzelanin gdy łodzie konkurencyjnych klanów podpływały do naszego statku. Pomyślałem, że dam mu te buty bo chodzi boso. Popatrzył na mnie tak jakoś ze wzruszeniem, nic nie powiedział, wziął buty i odpłynął. Potem strasznie się tymi butami chwalił, inni piraci nie chcieli mu wierzyć, że dostał je od porwanego, mówili że je zrabował. Mimo wszystko miał jednak jakieś ludzkie cechy.
Zgodnie z planem, gdy ostatnia łódź z piratami była już mniej więcej w połowie drogi do brzegu, zawiadomiłem fregatę. W minutę helikopter był nad nami, zeskoczyło mniej więcej trzydziestu komandosów z morskich jednostek specjalnych. Zaczęli szukać, czy piraci nie podłożyli ładunków wybuchowych, jakieś niewypały, czy nie zostawili broni, zabezpieczyli statek. W międzyczasie nadleciał drugi helikopter i przywiózł nam dwie skrzynki wody. Przysłano nam też dwie torby różnych przydatnych drobiazgów, które załoga fregaty zebrała między sobą: kto miał zapasową szczotkę do zębów, krem do golenia, batoniki czekoladowe. Drobne rzeczy, ale bardzo cenne dla nas.

BR: Co było pierwszą rzeczą, którą pan chciał zrobić po uwolnieniu.

Kapitan: Chciałem jak najszybciej znaleźć się w domu. Jak najdalej od Kenii, od Afryki. Oderwać się myślami od tego miejsca, które przez cztery miesiące było moim przymusowym domem. Jednocześnie byłem niezmiernie szczęśliwy, że i ja sam i cała moja załoga wracamy w nienaruszonym stanie do domu i że wreszcie skończyła sie ta męczarnia.

BR: Czy nie uważa pan, że to może być tak, że im więcej pan o tym opowiada, to tym łatwiej cała trauma związana z porwaniem wychodzi z systemu...

Kapitan: Tak. To między innymi dlatego jeżdżę na te festiwale, spotykam się z ludzmi i opowiadam. Mój psychoterapeuta zalecił mi, żebym dużo rozmawiał na ten temat. Żeby ta historia dla mnie spowszedniała i wspomnienia zbladły. Wydaje mi się, że przynosi to dobre efekty, czuję sporą poprawę.

BR: Miejmy nadzieję, że w pięknej i spokojnej okolicy, w której pan teraz mieszka (południe Włoch), życie powóci do normy. Dziękujemy bardzo za rozmowę!

Kapitan: Dziękuję również.

[gimg small=http://pansamochodzik.org.pl/przygoda/img_5908_20170112224424897.jpg medium=http://i.imgur.com/EuMbRsw.jpg large=http://i.imgur.com/EuMbRsw.jpg group=5908][/gimg]
Moje zdjęcie z Kapitanem w trakcie wizyty w Australii. Tak się składało, że opuszczaliśmy Australię tego samego dnia i zdążyłem się załapać na wieczorek zapoznawczy z Kapitanem zorganizowany przez naszą nieocenioną Brunię.

Linki do zapisu audio zamieścimy, gdy Brunia obrobi wywiad i go opublikuje. (przyp. zbychowca)
_________________

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało :-)
 
 
Brunhilda
Zlotowicz


Dołączył: 10 Lip 2013
Posty: 3713
Wysłany: 2013-11-05, 23:49   

Wywiad jest zrobiony i już leci ale taki długi, ze w odcinkach! To bedzie kłopot z linkami bo w trzech audycjach chyba i z odsluchiwaniem! Będziecie chyba skazani na słuchanie polonijnych audycji :-D
_________________
 
 
Brunhilda
Zlotowicz


Dołączył: 10 Lip 2013
Posty: 3713
Wysłany: 2013-11-05, 23:52   

Może i dobrze? Przy okazji posluchacie o Darwin!
_________________
 
 
Brunhilda
Zlotowicz


Dołączył: 10 Lip 2013
Posty: 3713
Wysłany: 2013-11-06, 01:33   

OK wiec :-) pierwsza czesc wraz z opowieściami z Darwin jest pod tym adresem
http://audycjeradia2000fm...nek-121013.html

druga czesc wywiadu z kapitanem i druga czesc wywiadu z Małgosia Bowen, prezes Polonii w Północnym terytorium. Na początku zapowiadają, wiec można znaleźć, w której minucie zaczyna sie wywiad.

http://audycjeradia2000fm...olna-21113.html

Trzecia czesc będzie w tym tygodniu dopiero.
_________________
 
 
Nietajenko
Forowy Badacz Naukowy
Użytkownik chwilowo nieaktywny



Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 938
Skąd: Olsztyn
Wysłany: 2013-11-06, 07:49   

Jestem pod wielkim wrażeniem zarówno tego co przeżył kapitan Kotiuk jak i tego, że nasi forowicze mieli okazję z nim porozmawiać. Zbychowcu, trochę zazdroszczę ci charakteru twojej pracy. Dzięki niej nie tylko zwiedzisz pół świata ale także poznasz ciekawych ludzi. To jest taka zdrowa zazdrość bez żadnych morderczych inklinacji.
_________________
Refert non fatigo et consolatoria calceamenta...
Harpagan http://www.harpagan.pl/rajd/
 
 
johny
Moderator



Wiek: 44
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 7817
Skąd: Łódź
Wysłany: 2013-11-06, 09:50   

Nietajenko napisał/a:
Zbychowcu, trochę zazdroszczę ci charakteru twojej pracy. Dzięki niej nie tylko zwiedzisz pół świata ale także poznasz ciekawych ludzi. To jest taka zdrowa zazdrość bez żadnych morderczych inklinacji.

He, he, mam tak samo! ;-)
_________________
... To live is to die... - Cliff Burton
volenti non fit iniuria!
When you walk through a storm, Hold your head up high, And don`t be afraid of the dark. At the end of a storm, There`s a golden sky...
XIII VII III I V XVIII XIV 1

 
 
PawelK
Moderator



Dołączył: 27 Lip 2013
Posty: 3972
Wysłany: 2013-11-06, 09:51   

A u mnie emocje jakoś opadły, szczególnie po tym jak poczytałem sobie o kapitanie. Rozumiem traumę i rozgoryczenie wynikające z utraty pracy, ale epatowanie tym, wieczne oskarżanie armatora o wszystko co złe jest nie z mojej bajki. Pewnie jest to dobry temat na pracę naukową - zły jest armator, który nie chciał zapłacić (szkoda, że brak jest jakiejkolwiek wiedzy na temat decydentów i tego co się działo po stronie armatora) i jeszcze dodatkowo kłamał rodzinom (ciekawe czy rodziny by przeżyły w całości informacje, że ich bliscy umierają z głodu i w każdej chwili mogą być rozstrzelani) a dobry jest fajoski koleś, który ich napadł i więził, bo nie pozwolił zabrać medalika z Matką Boską. To się chyba naukowo nazywa Syndrom Sztokholmski i bardzo dobrze to widać na tym przypadku.
Przy okazji dwie uwagi
- według wszelkich danych piraci, którzy bywają na statkach to są takie byle jakie bojówki, które zagrabione miliony oddają tym, którzy jeżdżą wypasionymi furami i wylegują się w łożach w wypasionych posiadłościach, w żadnym wypadku nie 'jeżdżą z działką do domu'.
- gdyby Adam Mickiewicz był stryjecznym dziadkiem opisywanego marynarza, to marynarz by musiał mieć ca. 100 lat (najmłodszy brat Adama Mickiewicza urodził się w 1805 roku, więc dzieci miał, o ile je miał, w okolicach 1825-50, w związku z tym te dzieci nadal miały dzieci w XIX wieku).
 
 
PawelK
Moderator



Dołączył: 27 Lip 2013
Posty: 3972
Wysłany: 2013-11-06, 15:57   

zbychowiec, są pracodawcy i Pracodawcy, skoro ktoś podejmuje decyzję o pracy dla pracodawcy przez małe p, to musi się liczyć z tym, że w załodze będzie miał przyuczonych analfabetów i opiekę na wypadek wypadku żadną, takie są prawa rynku.

BTW - chyba nie lubię ludzi, którzy publicznie wypowiadają się o innych w sposób poniżających, a tak wypowiada się Pan Kapitan o swoich, bądź co bądź, współpracownikach. Może z tego powodu ostatnie wypowiedzi tego pana wraz z żalami wylewanymi na jego stronie spowodowały, że nie budzi on mojej sympatii.
 
 
PawelK
Moderator



Dołączył: 27 Lip 2013
Posty: 3972
Wysłany: 2013-11-06, 19:24   

zbychowiec napisał/a:
Z tym zdaniem się całkowicie nie zgadzam. Moim zdaniem prawo (w tym międzynarodowe) powinno być takie, żeby nieuczciwych pracodawców natychmiast eliminować z rynku i nakładać na nich drakońskie kary za łamanie praw pracowniczych. A w szczególności armatorów, którzy z definicji operują w większości na wodach "niczyich" (pod niczyją jurysdykjcą) i mogą mieć zakusy na takie praktyki. Ktoś to towarzystwo powinien trzymać za "buzię" i to bardzo krótko.


Nie bierz tego do siebie, ale to co proponujesz to jest o mały krok od socjalizmu. Są jakieś przepisy i licencje i pewnie ten armator je spełnia. Ale powiedzmy sobie szczerze, zwiększenie odpowiedzialności odszkodowawczej pracodawcy powoduje po pierwsze zwiększenie kosztów usługi, z tym idzie zwiększenie kosztów produktów, zmniejszenie popytu na towary, zmniejszenie popytu na usługi i kurczenie rynku pracy. Konsekwencją tego pewnie by była sytuacja tak, że pan kapitan by nigdy nie został napadnięty przez piratów, bo by nie pływał...
Poza tym wszystkim, cały czas opierasz swoje poważne zarzuty o nieuczciwości armatora wyłącznie o relacje starganego psychicznie człowieka, z pewną manią prześladowczą (opowiadania o podsłuchach).

zbychowiec napisał/a:
Dla mnie te uwagi są nieco humorystyczne i niekiedy prezentują niektóre cechy w sposób przejaskrawiony, ale pamiętajmy, że mamy do czynienia z marynarzem. Marynarze słyną z tego, że mówią wprost, tak jak myślą. Ja kapitanowi nie mam za złe, że czasem upraszcza.


Nie wiem jak to działa, ale wydaje mi się, że kapitanem kontenerowca nie zostaje prosty człowiek, bez wykształcenia. Ja wiem, że niektórzy się śmieją z ułomności lub inności ludzi, dla mnie to nie jest śmieszne.
 
 
PawelK
Moderator



Dołączył: 27 Lip 2013
Posty: 3972
Wysłany: 2013-11-11, 19:21   

zbychowiec, po obejrzeniu filmu "Kapitan Phillips" dodam jeszcze jedno, kapitan z filmu powiedział swojej załodze, która na wieść o możliwości ataku piratów zaczęła 'jęczeć', że wszyscy wiedzieli na jaką trasę się zaciągali i że statki są tam atakowane przez piratów, jeśli komuś nie odpowiadało to mógł się wycofać. Nasz kapitan też wiedział wcześniej dla kogo pływa, z kim i gdzie. Mógł nie podejmować ryzyka.
Podobnie powiedziałem swojej mamie, gdy załamywała ręce po wieści, że mój szwagier musi jechać na wojnę do Afganistanu. On jest żołnierzem i musi brać pod uwagę to, że musi jechać na wojnę. Taka praca.

zbychowiec napisał/a:
Chodzi Ci o tych Tuvalu?

nie tylko, również o Rosjan.
 
 
johny
Moderator



Wiek: 44
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 7817
Skąd: Łódź
Wysłany: 2013-11-11, 19:31   

Pawle, jak wrażenia po filmie? Warto się wybrać?
_________________
... To live is to die... - Cliff Burton
volenti non fit iniuria!
When you walk through a storm, Hold your head up high, And don`t be afraid of the dark. At the end of a storm, There`s a golden sky...
XIII VII III I V XVIII XIV 1

 
 
PawelK
Moderator



Dołączył: 27 Lip 2013
Posty: 3972
Wysłany: 2013-11-11, 19:41   

johny napisał/a:
Pawle, jak wrażenia po filmie? Warto się wybrać?


Właśnie tak myślałem, że warto by było mieć dział 'filmowy' na forum.
A co do filmu, tak, uważam, że jest warty obejrzenia, nie tylko opowiada o autentycznych wydarzeniach, chyba w miarę wiernie oddanych to dodatkowo jest baaaaaardzo dobrze zrobiony i opinie na temat gry Toma Hanksa i Barkhada Abdi (grającego szefa piratów) nie są przesadzone.
 
 
johny
Moderator



Wiek: 44
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 7817
Skąd: Łódź
Wysłany: 2013-11-11, 19:48   

PawelK napisał/a:
Właśnie tak myślałem, że warto by było mieć dział 'filmowy' na forum.

Świetny pomysł, mi też tego brakuje! :564:
_________________
... To live is to die... - Cliff Burton
volenti non fit iniuria!
When you walk through a storm, Hold your head up high, And don`t be afraid of the dark. At the end of a storm, There`s a golden sky...
XIII VII III I V XVIII XIV 1

 
 
Czesio1
Administrator
Ojciec Prowadzący



Wiek: 42
Dołączył: 07 Lip 2013
Posty: 10536
Wysłany: 2013-11-11, 19:55   

johny napisał/a:
PawelK napisał/a:
Właśnie tak myślałem, że warto by było mieć dział 'filmowy' na forum.

Świetny pomysł, mi też tego brakuje! :564:

Mówisz i masz:
http://www.pansamochodzik.org.pl/index.php?c=33
_________________

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało :-)
 
 
Brunhilda
Zlotowicz


Dołączył: 10 Lip 2013
Posty: 3713
Wysłany: 2014-01-11, 05:50   

Ojej Zbychowiec! Popatrzylam sobie na zdjęcia Twoje z Kapitanem i mnie normalnie nostalgia wzięła.... Ale super było! A ten wieczor pod Opera House! Akurat te pożary były tez.....to spotkanie i w ogóle, ze to możliwe było!
_________________
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group. Template GreyBlue v 0.2 created by Nasedo.
Strona wygenerowana w 0.45 sekundy. Zapytań do SQL: 13