Z przygodą na ty Strona Główna



Z przygodą na ty

Forum Miłośników Przygody im. Pana Samochodzika

• FAQ • Dane_osobowe • Szukaj • Użytkownicy • Grupy
• Rejestracja • Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Motocyklem po Ścianie Wschodniej
Autor Wiadomość
irycki
Przygodomaniak
Pan Motocyklik



Wiek: 52
Dołączył: 22 Cze 2016
Posty: 1053
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2019-02-03, 15:51   Motocyklem po Ścianie Wschodniej

Za oknem plucha. Deszcz pracowicie topi resztki śniegu. Zimno i mokro…
A jeszcze pół roku temu było tak przyjemnie i ciepło. I komu to przeszkadzało?

W oczekiwaniu na nadejście bardziej ludzkiej pory roku możemy przy filiżance ciepłej czekolady powspominać ubiegłoroczne lato.

Oto nasza wycieczka “Motorem po Ścianie Wschodniej”, którą odbyliśmy w zeszłe wakacje.

Nie był to żaden wyczyn. Jeździliśmy na stosunkowo krótkie dystanse. Są ludzie, którzy wsiadają na motór, robią 900 kilometrów praktycznie jednym ciągiem i są po tym wszystkim świeżutcy jak szczypiorek, ale my do nich nie należymy. Jazdę traktujemy w kategoriach przyjemności, a nie wyczynu. Poza tym zależało nam, żeby o ludzkiej porze przyjeżdżać na miejsce i móc jeszcze gdzieś pójść czy pozwiedzać.

Jeśli chodzi o zwiedzanie, to wiele (pewnie większość) ciekawych miejscówek po drodze po prostu pominęliśmy. Chcąc zobaczyć wszystko, nigdzie dalej nie zdążylibyśmy zajechać. Wybraliśmy sobie po drodze po kilka atrakcji. Do reszty może kiedyś wrócimy. A może nie. Z założenia omijaliśmy też miejsca, w których już kiedyś byliśmy.

Tuż przed wyjazdem okazało się, że padła mi motocyklowa kamerka. Tak się kończy inwestowanie w tanią chińską elektronikę :( . Dlatego nie mamy żadnych zdjęć z samej trasy.



Dzień pierwszy: Niedziela, 5 sierpnia 2018

Pewnej sierpniowej niedzieli, po powrocie ze spaceru z psem, załadowaliśmy bagażami naszego Bombowca i ruszyliśmy na południe. Wzdłuż Wisły, przez Warszawę i Karczew, dotarliśmy do szosy nr 50 i pod Grójcem wypadliśmy na S7. Do samego Radomia jechało się bardzo przyjemnie, ruch był umiarkowany i Bombowiec ciągnął radośnie ze swoją ulubioną prędkością. W Radomiu skręciliśmy na “dziewiątkę”. I się zaczęło… Dziki tłum obładowanych bagażami osobówek, w dodatku wyjazd z Radomia w kierunku Skaryszewa to jeden nieprzerwany ciąg wioseczek przechodzących płynnie jedna w drugą. Jechaliśmy więc w tłoku, pocieszając się, że to przez niedzielne wyjazdy na wakacje i jutro powinno być lepiej. Ha ha…

Przez Iłżę i Ostrowiec Świętokrzyski dojechaliśmy do Opatowa, gdzie zjechaliśmy z głównej trasy i drogą wojewódzką 757 a potem 758, przez Iwaniska dotarliśmy do Ujazdu. Tam bowiem znajdował się nasz dzisiejszy cel, czyli “Instytucja Kultury Zamek Krzyżtopór”, jak to wdzięcznie określa Google.

W Ujeździe zatrzymaliśmy się w zarezerwowanej wcześniej tak zwanej “agroturystyce”. Piszę “tak zwanej”, bo od czasu, gdy to pojęcie stało się modne, wszystko to, co kiedyś było pensjonatami bądź kwaterami prywatnymi, o ile tylko nie znajdowało się w centrum miasta, w magiczny sposób stało się “agroturystyką”. Nasza miejscówka to były właśnie typowe kwatery prywatne, bez szczególnych wygód, a z “agro” było tyle, że 50 metrów dalej zaczynały się pola. Sądząc po wyglądzie obejścia - brak jakichkolwiek zabudowań gospodarskich - nasi gospodarze raczej nie parali się rolnictwem. Ale w końcu przyjechaliśmy tu tylko na jedną noc i nie po to, by zażywać uroków wsi polskiej. Szybko zrzuciliśmy motocyklowe skóry i poszliśmy zwiedzać ruiny największego i najwspanialszego, przynajmniej przed wybudowaniem Wersalu, pałacu w Europie.

O pałacu dużo pisać nie będę. Zainteresowani mogą o nim poczytać na przykład na oficjalnej stronie: https://krzyztopor.org.pl/zamek/index.php/pl/, gdzie na wstępie można obejrzeć piękne lotnicze zdjęcie, oddające wielkość i majestat tej budowli. Z poziomu gruntu wrażenie jest oszałamiające. Ogromna góra jasnego kamienia wyłania się nagle wśród łagodnie pofałdowanych, zielonych pól. Potężne mury, labirynt korytarzy, setki okien… Po prostu kwintesencja potęgi i bogactwa Rzeczypospolitej, a raczej jej magnaterii. I pomyśleć, że przez głupotę Zygmusia, jego synów i ówczesnych elit politycznych wszystko to przepadło. A mogliśmy mieć sojusz ze Szwedami, Bałtyk jako nasze morze wewnętrzne, i razem trząść Europą północno-wschodnią. Ale najwyraźniej unia polsko-szwedzka nie była warta mszy…

Zadziwiające jest, że pomimo tych ponad 300 lat, podczas których leżał w ruinie, zamek jest w fantastycznym stanie. Mury w większości sprawiają wrażenie zdrowych. To tylko świadczy o tym, jak wtedy budowano. W porównaniu do, znanego zapewne niektórym forumowiczom, pałacu Finckensteinów w Kamieńcu, który ruiną jest przecież nieco ponad pół wieku, Krzyżtopór wydaje się trochę tylko zaniedbany. Podejrzewam, że odbudowa tego zamku byłaby absolutnie możliwa. Wiem, to mrzonki, nikt tego nie zrobi. Ale trochę szkoda.

Po kilku godzinach spędzonych na zwiedzaniu wróciliśmy do naszej “agro”, by odkryć kolejne mankamenty tej miejscówki. Po pierwsze, w oknach brak było zasłon, a dom leżał tuż przy drodze. Kawałek dalej było niewielkie wzniesienie i każdy samochód, wyłaniający się zza tego wzniesienia, oświetlał reflektorami cały pokój. Po drugie, łóżko było wąskie i niewygodne. Był to zdecydowanie najgorszy nocleg na tym wyjeździe.

kt1.JPG
Plik ściągnięto 8 raz(y) 1.72 MB

kt2.JPG
Krzyż i Topór...
Plik ściągnięto 6 raz(y) 1.95 MB

kt4.jpg
Plik ściągnięto 3 raz(y) 1.63 MB

kt5.jpg
Panienka z okienka :)
Plik ściągnięto 6 raz(y) 1.81 MB

kt3.jpg
Wszyscy robią to zdjęcie...
Plik ściągnięto 2 raz(y) 1.66 MB

kt6.jpg
irycki w Wielkiej Sali
Plik ściągnięto 4 raz(y) 2.15 MB

_________________

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
 
 
irycki
Przygodomaniak
Pan Motocyklik



Wiek: 52
Dołączył: 22 Cze 2016
Posty: 1053
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2019-02-03, 16:27   

Dzień drugi: Poniedziałek, 6 sierpnia 2018.


Rano, posiliwszy się kanapkami, bo “agroturystyka” nie oferowala żadnych śniadań, ruszyliśmy dalej na południe. Drogą 758 dotarliśmy do “dziewiątki”, którą pomknęliśmy w stronę Rzeszowa. Moje wczorajsze nadzieje na to, że w dzień powszedni zniknie tłum “urlopowych” osobówek, spełniły się tylko częściowo. Osobówek było rzeczywiście mniej, ale pojawiła się ogromna ilość “tirów”, dostawczaków i im podobnych. W porównaniu z Polską centralną i północną, ruch na drogach jest tam bardzo duży.


Marysia przy Bombowcu, gdzieś pod Rzeszowem.

Rzeszów objechaliśmy kawałkiem A-czwórki, a potem S19. Na autostradzie złapał nas przelotny, ale bardzo intensywny deszcz. Nie lubię jeździć motorem w deszczu po autostradzie, bo cały czas się boję, że mi ktoś wjedzie w tyłek, więc jadę szybciej niż bym chciał na mokrej nawierzchni. Na szczęście deszcz był bardzo lokalny, zanim dojechaliśmy do zjazdu na ekspresówkę, przestało padać. Ekspresówką jechało się przyjemnie, ale krótko. Nowo wybudowany kawałek skończył się po paru kilometrach i trzeba było wrócić na starą dziewiętnastkę. I się zaczęło…

Droga wąska, kręta (jak to w górach), i w obie strony długi sznur pojazdów. Nawet motocyklem, który siłą rzeczy jest mniejszy i na ogół sporo zwinniejszy niż przeciętny samochód, wyprzedzanie nie było łatwe, zwłaszcza jak człowiek chciał to robić choć trochę zgodnie z przepisami. Gdy akurat nic z przeciwka nie jechało, na drodze była ciągła linia. Chociaż, jak zaobserwowałem, “lokalsom” to bardzo często nie przeszkadzało. Dodatkowym powodem dzikiego korka był stan techniczny niektórych pojazdów. Przez kilkadziesiąt minut cała kolumna zmuszona była wlec się za mocno zrzęchanym dostawczym volkswagenem, który na podjazdach dawał radę rozpędzić się do oszałamiających 40 kilometrów na godzinę.

Dosyć szybko na drogowskazach zaczęło pojawiać się nieco tajemniczo brzmiące Miejsce Piastowe. Okazało się, że to takie miasteczko. Nazwa mnie bardzo zafrapowała. Od razu skojarzyła mi się z PRL-owską propagandą, ale bardziej pasowała by mi gdzieś na Ziemiach Zachodnich. Wiecie, woje Bolesława wbijający pale w nurt Odry i te rzeczy. Ale tutaj? Czy Słowakom też musieliśmy udowadniać odwieczną polskość tych ziem?

Okazało się, że skojarzenie było całkowicie błędne. Wikipedia wyjaśniła potem, że nazwa jest dużo starsza i z PRL-em nie ma nic wspólnego. Za Jagiellonów nazwa brzmiała „Meszcze”, a od rozbiorów „Miejsce”. Przymiotnik „Piastowe” otrzymało Miejsce na wniosek ks. Markiewicza na Sejmie Galicyjskim. Jest to synonim wyrazów wychowanie – piastowanie oraz nawiązujące do Piastów. Czyli propaganda w tym dalej jest, ale nie ta, o której myślałem.

Tak czy siak, Miejsce Piastowe obejmuje zaszczytne pierwsze (nomen omen) miejsce w moim krótkim, prywatnym rankingu Nazw Miejscowości Zupełnie Od Czapy, detronizując dotychczasowego lidera, czyli Małą Wieś Przy Drodze.

W Miejscu Piastowym “dziewiętnastka” krzyżuje się drogą nr 28. Korek do ronda zaczynał się jeszcze przed wjazdem do miasteczka. Udało mi się trochę przepchać tu i ówdzie (kierowcy samochodów w przeważającej większości pomagają motocyklistom, starając się robić im miejsce, za co jestem bardzo wdzięczny). Za skrzyżowaniem ruch się zmniejszył, ale dalej było gęsto. Koło Dukli zatrzymaliśmy się w przydrożnym zajeździe na drugie śniadanie w postaci kopiastej porcji jajecznicy.

Przed Tylawą skręcilśmy na drogę 897 w stronę Komańczy. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyszło słońce, które dotąd cały czas skrywało się za chmurami. Droga była wąska, ale prawie pusta, tu i ówdzie poboczem szły grupy z plecakami. Dawało się też spotkać nieco bardziej oryginalne postacie, jak na przykład nie pierwszej trzeźwości półnagiego jegomościa, który zataczał się dostojnie na poboczu, niosąc na ramieniu potwornej wielkości siekierę. Na wszelki wypadek, omijając go, zadbałem, by pozostać poza jej zasięgiem.

Im dalej w góry, tym droga robiła się bardziej kręta. Nasz Bombowiec dostojnie kładł się na zakrętach raz na lewe, raz na prawe skrzydło. Taka jazda spodobała się Marysi, która oświadczyła, że od tej pory bardzo lubi kręte drogi na motocyklu. I tak trzymać! Oczywiście dla mnie, jako dla kierowcy, takie zakręty to szeroki uśmiech na twarzy!

Niedaleko Cisnej natrafiliśmy na niewielki, stojący korek. Stanęliśmy i my grzecznie w kolejce. Ponieważ nic się nie działo, wyłączyłem silnik. Na ogół taka magia pomaga - jak tylko zgaszę silnik, to natychmiast wszyscy ruszają. Tym razem nic to nie dało. Nie pomogło nawet zdjęcie kasków. Zeszliśmy więc z motoru i poszliśmy na rekonesans. Okazało się, że trwa remont mostka nad jednym z licznych potoków, i akurat przyjechał transport z materiałami. Na czas rozładunku przejazd był zamknięty.


Przymusowy postój. irycki przy Bombowcu.

Po chmurach nie było już śladu, z nieba lał się żar, zrzuciliśmy więc motocyklowe ciuchy, bo nie zanosiło się, że szybko ruszymy. Pojawiło się coraz więcej samochodów, ale o dziwo nikt nie klął, nikt się nie śpieszył, zapanowała prawdziwie piknikowa atmosfera, wręcz czekałem tylko, aż ktoś zacznie rozpalać grilla.

Przerwa w podróży potrwała jakieś pół godziny i mogliśmy ruszać. Kawałek dalej natrafiliśmy na parking z wieżą widokową. Oczywiście trzeba było tam stanąć...


Marysia na wieży

Wczesnym popołudniem dotarliśmy do Cisnej. Teoretycznie mieliśmy zaklepany nocleg, ale okazało się, że pokoje są w pakiecie z knajpą i to przy głównej ulicy. Postanowiliśmy rozejrzeć się za czymś innym. Znaleźliśmy jakąś strzałkę “pokoje gościnne”, wskazującą w wąską, prowadzącą pod górę uliczkę.

Uliczka robiła się coraz bardziej stroma, aż doprowadziła nas do wielkiego, wysypanego żwirem podjazdu przed dużym domem letniskowym. Podjazd ten (czego nie widać na robionych z góry zdjęciach) był pod koniec dość stromy. Trochę bezmyślnie pojechałem na sam koniec i zatrzymałem się tuż pod drzwiami domu. I wtedy poczułem, że motocykl zaczyna mi się po tym żwirku i glinie powoli zsuwać w dół! Resztka włosów zjeżyła mi się pod karkiem. Czym prędzej kazałem Marysi zsiadać. Pomogło o tyle, że motor przestał się zsuwać. Teraz pytanie, co dalej. Próba zawrócenia maszyny byłaby ryzykowna. Stawanie bokiem na stromiźnie powoduje, że podeprzeć się można tylko od strony stoku - noga “odstokowa” jest wtedy za krótka. Wystarczy, że motocykl mi się bujnie, i 330-tu kilogramów (plus bagaż) żadnym sposobem nie utrzymam! Od razu przypomniały mi się relacje doświadczonych motocyklistów, którzy właśnie w ten sposób położyli swoje maszyny. “Pamiętaj, nigdy nie obracaj motocykla na stromym” - mówili. Postanowiłem więc nie kombinować i delikatnie popuszczając hamulec, klnąc się w duchu za głupotę, tyłem dotoczyłem się do miejsca, gdzie robiło się bardziej płasko i mogłem ustawić się bokiem. Tam już bezpiecznie przetoczyłem motor na jedno z wolnych miejsc parkingowych. Cóż, na motocyklu trzeba przewidywać o wiele bardziej “do przodu”, niż jeżdżąc samochodem. A jak się tego nie zrobi, to ma się problem.

W tym czasie Marysia, widząc banner z numerem telefonu, zadzwoniła z pytaniem o wolne miejsca. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
Dzień dobry, czy będzie pani miała dwuosobowy pokój na jedną noc?
Taaak, coś się znajdzie. O której pani przyjeżdża?
Właśnie stoję pod drzwiami… :D
Okazało się, że wolny był dokładnie jeden pokój w całym dużym pensjonacie. To się nazywa fart!


Widok z naszego okna w Cisnej.

Umyci i przebrani, ruszyliśmy do Cisnej. Byłem w tym miasteczku w czasach harcersko-studenckich wypraw w Bieszczady, ale okazało się, że niczego nie poznaję. Jakieś obrazy, które podsuwała mi pamięć, nie miały się nijak do tego, co widziałem. Tak się zmieniło, czy pamięć płatała mi figla? Uderzyły mnie też tłumy. Może się mylę, ale za “moich” czasów była to chyba zdecydowanie cichsza miejscowość. Tymczasem teraz wszystkie parkingi przed sklepami czy knajpkami były pełne samochodów, a ulice ludzi.

Przy skrzyżowaniu stał nie jeden, ale wiele “kiosków Gnata”. Różnica była taka, że Gnat sprzedawał przynajmniej “rękodzieło”. Jego walory artystyczne były dyskusyjne, to inna sprawa. Ale teraz większość pamiątek jest pewnie robiona w Chinach… Tak czy siak, niespecjalnie było co kupować, zwłaszcza że jadąc motocyklem, trzeba się mocno ograniczać. W rezultacie kupiliśmy więc tylko dwie buteleczki lokalnego wina i mały słoiczek miodu, z założeniem że i tak do domu tego nie dowieziemy.

Byliśmy już mocno głodni, skierowaliśmy się więc do “kultowej” knajpy “Siekierezada”, o której piszą w każdym przewodniku. Jak wiadomo, knajpa kultowa to taka, która jest słynna z tego, że jest słynna. W środku panował dziki tłok, a pani kelnerka wyjaśniła, że na posiłek trzeba będzie poczekać minimum 40 minut. Odwróciliśmy się więc na pięcie i poszliśmy gdzie indziej, zresztą praktycznie po sąsiedzku. Ta knajpa była zdecydowanie mniej kultowa i pyszny obiad (pielmieni w rosole) dostaliśmy po 20 minutach. Do tego wzięliśmy jakieś fajne, lokalne piwo.

Potem powałęsaliśmy się trochę po Cisnej i tak minął nam dzień drugi.
_________________

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
Ostatnio zmieniony przez irycki 2019-02-03, 17:04, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
johny
Moderator



Wiek: 45
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 9138
Skąd: Łódź
Wysłany: 2019-02-03, 17:26   

Przepiękna opowieść!!! Jakże ja Ci zazdroszczę tego motocykla. Marzy mi się taka eskapada. Sęk w tym, że nie mam takowego pojazdu jak również uprawnień do kierowania. Myślę o 125 ale chyba to zbyt słaby środek lokomocji do takich wypraw. Z niecierpliwością czekam na dalsze relacje! :-)
_________________
... To live is to die... - Cliff Burton
volenti non fit iniuria!
When you walk through a storm, Hold your head up high, And don`t be afraid of the dark. At the end of a storm, There`s a golden sky...
XIII VII III I V XX XIV 1

 
 
Yvonne
Moderator



Wiek: 40
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 9839
Skąd: Bydgoszcz
Wysłany: 2019-02-03, 20:09   

Zgadzam się z johnym - piękna wyprawa i ciekawa opowieść.
Chętnie przeczytam kolejne rozdziały.
Idealnie Irycki trafiłeś czasowo z tą relacją, bo my latem wybieramy się w Bieszczady (nocleg oczywiście mamy w Cisnej ;-) ) i już zaczynamy planować i się duchowo nastawiać.
Twoja relacja zdecydowanie nam w tym pomoże.

irycki napisał/a:
Byliśmy już mocno głodni, skierowaliśmy się więc do “kultowej” knajpy “Siekierezada”, o której piszą w każdym przewodniku. Jak wiadomo, knajpa kultowa to taka, która jest słynna z tego, że jest słynna. W środku panował dziki tłok, a pani kelnerka wyjaśniła, że na posiłek trzeba będzie poczekać minimum 40 minut.


40 minut czekania na posiłek latem w szczycie sezonu w dodatku w takim słynnym miejscu to chyba nie jest aż tak dużo? Czasem czeka się jeszcze dłużej.
W każdym razie też zamierzamy do "Siekierezady" wstąpić :-)
_________________
Zapraszam:

http://odbiblioteczkidoszafy.blogspot.com/

Ostatnio zmieniony przez Yvonne 2019-02-03, 20:13, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Fantomas
Żądny przygód


Dołączył: 30 Lip 2018
Posty: 835
Wysłany: 2019-02-03, 20:37   

To prawda wspaniała podróż. Bieszczad nie znam, ale w Opatowie, Sandomierzu, Ujeździe byłem i to był naprawdę wspaniały wyjazd. Niedaleko Sandomierza są Góry Pieprzowe. Nieopodal jest też Stary Garbów. Miejsce, w którym urodził się i posiadał siedzibę Zawisza Czarny. Jest tam izba pamięci poświęcona Zawiszy oraz jego pomnik. Jeśli ktoś nie był to bardzo polecam.
_________________
 
 
Yvonne
Moderator



Wiek: 40
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 9839
Skąd: Bydgoszcz
Wysłany: 2019-02-03, 20:38   

Fantomas napisał/a:
Nieopodal jest też Stary Garbów. Miejsce, w którym urodził się i posiadał siedzibę Zawisza Czarny. Jest tam izba pamięci poświęcona Zawiszy oraz jego pomnik. Jeśli ktoś nie był to bardzo polecam.


Nie byłam.
Dziekuję za polecenie, Fantomasie :-)
_________________
Zapraszam:

http://odbiblioteczkidoszafy.blogspot.com/

 
 
Fantomas
Żądny przygód


Dołączył: 30 Lip 2018
Posty: 835
Wysłany: 2019-02-03, 20:44   

Yvonne, to jeszcze coś dla ciała. Okolice Sandomierza to lokalne winnice i wino :-) oraz podobno dobry cydr :564:
_________________
Ostatnio zmieniony przez Fantomas 2019-02-03, 20:44, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Yvonne
Moderator



Wiek: 40
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 9839
Skąd: Bydgoszcz
Wysłany: 2019-02-03, 20:48   

Fantomas napisał/a:
Yvonne, to jeszcze coś dla ciała. Okolice Sandomierza to lokalne winnice i wino oraz podobno dobry cydr


Dzięki, ale tym razem o Sandomierz nie zahaczymy.
Jedziemy prosto w Bieszczady i spędzamy tam cały tydzień.
_________________
Zapraszam:

http://odbiblioteczkidoszafy.blogspot.com/

 
 
TomaszK
Forowy Badacz Naukowy



Wiek: 57
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 6114
Wysłany: 2019-02-03, 21:11   

Moj zięć, raz do roku jeździ w Bieszczady na zlot motocyklistów, do Czarnej Górnej. Ciekawe czy się spotkaliście.
_________________
 
 
irycki
Przygodomaniak
Pan Motocyklik



Wiek: 52
Dołączył: 22 Cze 2016
Posty: 1053
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2019-02-04, 19:25   

johny napisał/a:
Przepiękna opowieść!!! Jakże ja Ci zazdroszczę tego motocykla. Marzy mi się taka eskapada. Sęk w tym, że nie mam takowego pojazdu jak również uprawnień do kierowania.


Znam to uczucie, johny. Ja też tak zazdrościłem. Patrzyłem na ludzi jadących na błyszczących motocyklach i myślałem "jak ja bym chciał tak jeździć jak oni!!!".
I tak zazdrościłem, myślałem, a lata leciały...
Aż któregoś dnia wyszedłem sobie przed dom, popatrzyłem na chmury i pomyślałem "kurna, stary, jak nie teraz, to kiedy?"
I poszedłem zapisać się na kurs!
Czego i Tobie życzę :)

gdyż:
Cytat:
Myślę o 125 ale chyba to zbyt słaby środek lokomocji do takich wypraw.


Na upartego pewnie się da. Nie takie rzeczy ludzie robili. Ale generalnie, to 125 jest świetny do miasta, bo jest mały, lekki, zwinny, a przy "miejskich" prędkościach da radę oderwać się od samochodów przy starcie na światłach.
Ale powyżej 60kph to przyśpieszenie już będzie mizerniutkie. Poza tym 125-ki, nawet jak wyglądają tak jak większe wersje, na ogół robione są na mniejszych ramach. Jak jedziesz po bułki, to nie ma znaczenia, ale po 200 kilometrach zejdziesz połamany.
No i zwykle dopuszczalna masa całkowita jest niewielka. W jedną osobę pojedziesz, w jedną z bagażami - może, zależy ile bagażu weźmiesz, w dwie i bagaż - zapomnij.

Dlatego idź na kurs. Jak Ci się nie spodoba, to po paru jazdach możesz się wycofać, za nie wykorzystane jazdy muszą Ci zwrócić. A jak będziesz miał prawko, to nie jesteś skazany na 125. Nie musisz od razu kupować 300 kilogramowego cruisera, nawet bym odradzał na początek, ale spokojnie wybierzesz motocykl na którym da się gdzieś pojechać.

No i ja osobiście jestem wrogiem przepisów uprawniających do jazdy na 125-ce na prawko "B". Jazda motocyklem jednak różni się mocno od jazdy samochodem, a 125-ka to nie skuterek, stówką przy sprzyjających wiatrach poleci.

TomaszK napisał/a:
Moj zięć, raz do roku jeździ w Bieszczady na zlot motocyklistów, do Czarnej Górnej. Ciekawe czy się spotkaliście.

Raczej nie, bo ja byłem w Bieszczadach po raz pierwszy od prawie 30 lat :(
_________________

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
Ostatnio zmieniony przez irycki 2019-02-04, 19:26, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
VdL
Zlotowicz



Wiek: 48
Dołączył: 29 Maj 2014
Posty: 3324
Skąd: dokąd
Wysłany: 2019-02-09, 16:55   Re: Motocyklem po Ścianie Wschodniej

irycki napisał/a:


Oto nasza wycieczka “Motorem po Ścianie Wschodniej”, którą odbyliśmy w zeszłe wakacje.


Bardzo fajna relacja, brakowało mi motoklimatów.
:564:
_________________
 
 
irycki
Przygodomaniak
Pan Motocyklik



Wiek: 52
Dołączył: 22 Cze 2016
Posty: 1053
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2019-02-09, 17:17   

Dzień trzeci: Wtorek, 7 sierpnia 2018

Cisna o poranku powitała nas takim widokiem:


(fot. Marysia)

Ale już godzinę później było tak:


(fot. Marysia)

Śniadanie podano oczywiście formie tradycyjnego w Polsce “szwedzkiego stołu”, na którym oprócz typowych w takiej sytuacji potraw (rozmaite płatki, musli, wędliny, sery itp) znalazło się także trochę lokalnych specjałów, jak na przykład świetny smalczyk, kiełbaski czy rozmaite domowe konfitury.

O ósmej z minutami cała załoga w pełnej gotowości bojowej zameldowała się przy Bombowcu. Krótki briefing przed misją i ruszamy. Ze względu na to, że początkowy odcinek asfaltu po porannych mgłach pokryty był mokrą gliną, zdecydowałem, że zjadę kawałek sam, a Marysia wsiądzie jak zrobi się bardziej płasko. Marysia wykorzystała ten moment do zrobienia fotki.


Cała naprzód, ku nowej przygodzie!

(fot. Marysia)

Z Cisnej pojechaliśmy przez Baligród do Soliny. Trochę naokoło, ale chciałem przejechać drogą, o której pisał Fredro, a co przywołał Nienacki w Tajemnicy Tajemnic. “Za Baligrodem, tam granica świata”. Ale nie odniosłem wrażenia wjeżdżania “w czarne gardło”. Co prawda jechałem w przeciwną stronę, ale często zerkałem w lusterka. Może to jednak dlatego, że był przepiękny, słoneczny ranek. W dzień ponury i deszczowy, gdy wicher huczy w koronach drzew, mogło to wyglądać inaczej.

Szybko dojechaliśmy pod zaporę, przejechaliśmy most na Sanie i zaparkowaliśmy na płatnym parkingu przy drodze. Pan parkingowy nie chciał od nas przyjąć pieniędzy, choć parkujące osobówki skrupulatnie kasował. Wielokrotnie, i podczas tej wycieczki, i przy innych okazjach, przekonałem się, że ludzie z sympatią reagują na małżeństwo podróżujące na dużym, błyszczącym “czoperze”, jak często, acz nieprawidłowo, nazywają oni taki typ motocykla.

Zapora jest imponująca. Zdjęcia nie do końca oddają rozmiar i potęgę tej budowli. Na żywo wrażenie jest znacznie większe.



(fot. Marysia)

Zastanawialiśmy się jeszcze, czy nie spróbować dostać się nad sam Zalew i zerknąć na zaporę od góry. Ale droga, która prawdopodobnie tam prowadziła, była już na sztywno zatkana samochodami, blokującymi przy okazji ruch na szosie. Najwyraźniej kto żyw, pchał się nad wodę. Odpuściliśmy więc sobie i z pewnym trudem, przeciskając się pomiędzy samochodami, ominęliśmy zator i pojechaliśmy do Leska.

W Lesku objechałem centrum, usiłując znaleźć miejsce do zaparkowania. A potem objechałem jeszcze raz… I nigdzie nie znalazłem skrawka przestrzeni, żeby zgodnie z przepisami zostawić motocykl! Miałem do wyboru parkowanie na zakazie, na środku chodnika albo na trawniku. Ewentualnie w większej odległości od centrum. Nie chciało nam się latać na piechotę, stwierdziliśmy więc, że w sumie wcale nie musimy oglądać Leska, i zamiast tego postanowiliśmy sprawdzić ruiny zamku w Sobieniu, na zwiedzanie których wcześniej bardzo nalegała Marysia, ale które zdecydowaliśmy sobie odpuścić, bo przecież “nie da się obejrzeć wszystkiego”. Ale teraz, skoro wypadło nam Lesko, nic nie stało na przeszkodzie, żeby spędzić kilka kwadransów właśnie tam.

Zamek w Sobieniu leży przy lokalnej drodze, łączącej krajówkę numer 84 z 28-ką. Jest tam mały parking leśny i bufet, który jednak okazał się nieczynny. Posililiśmy się więc kanapkami i ruszyliśmy zwiedzać ruiny. Zamek zbudowany został na wysokiej skale, wznoszącej się nad Sanem i żeby się do niego dostać, trzeba się było nieźle drapać. I to nie po plecach, a pod górę. Ale warto było. Niektóre widoki zapierają dech w piersiach.

irycki zastanawia się, czy koniecznie trzeba wchodzić na górę...

(fot. Marysia)


(fot. Marysia)






(fot. Marysia)


(fot. Marysia)


Gdy zeszliśmy na dół, okazało się, że bufet już działa. Wypiliśmy więc jeszcze po herbacie i ruszyliśmy w dalszą podróż. W Załużu wjechaliśmy na DK-28 i pomknęliśmy w stronę Przemyśla.

No, “pomknęliśmy” to za dużo powiedziane. Już na etapie planowania dzisiejszego etapu zafrapował mnie wygląd tej drogi na mapie googla:



I tak to właśnie wyglądało w rzeczywistości - ciasne serpentyny, na których musiałem chwilami zwalniać poniżej 20 km/h, bo przy wyższej prędkości szorowałem podestami po asfalcie. Nierzadko też trzeba było redukować się do “jedynki”. I choć lubię wiraże, to po pół godzinie takiej karuzeli zaczęła mi się marzyć słynna Route 66, która przez dziesiątki mil nie ma ani jednego zakrętu…

W pewnym momencie pojawił się znak, na którym napisane było “Przemyśl 40”. Przemyśleliśmy to. Potem musieliśmy jeszcze przemyśleć 30, 20 i 10, i tak, myśląc o kolejnych malejących wielokrotnościach liczby dziesięć, wjechaliśmy do Przemyśla.

Jeszcze podczas jazdy dyskutowaliśmy na temat ewentualnego zwiedzania przemyskiej twierdzy. Jednak z braku nawigacji zaraz na początku źle skręciłem, wjechaliśmy do centrum miasta i już nie chciało nam się wracać. W dodatku był środek dnia, z nieba lał się żar i przy “miejskich” prędkościach zaczynaliśmy się gotować w motocyklowych skórach. Myśleliśmy już tylko schowaniu się choć na chwilę w jakimś cieniu. Drapanie się na jakieś fortyfikacje przestało nam się wydawać jakąś szczególną atrakcją. Poza tym zaczynaliśmy czuć presję czasu. Naszym głównym dzisiejszym celem był Zamość i chcieliśmy tam dotrzeć o ludzkiej porze.

Przejechaliśmy więc bez zatrzymania przez centrum Przemyśla i stanęliśmy na stacji przy wylocie z miasta. Korzystając z okazji, Marysia wyjęła telefon i na Bookingu wyklikała nam dwuosobowy pokój w hotelu “Polak” w Zamościu. Uprzedzając nieco wydarzenia, napiszę, że był to świetny wybór.

Z Przemyśla ruszyliśmy w stronę Jarosławia. Widząc na drogowskazach nazwę “Jarosław” zacząłem skandować Ja-ro-sław, Pol-skę zbaw!, aż Marysia z troską zapytała, czy nie powinienem może zjechać na bok i trochę odpocząć.

Przed Jarosławiem skręciliśmy na drogę wojewódzką i przez Zapałów, Oleszyce, Narol i Bełżec dojechaliśmy do krajowej siedemnastki. Tam panował dziki tłok, w obie strony pędziły stada goniących się tirów. Przed samym Zamościem zjechaliśmy na stację benzynową i z mapy Googla nauczyliśmy się na pamięć dojazdu do naszego hotelu. Nie było szczególne wyzwanie, bo hotel znajdował się przy przecznicy ulicy Partyzantów, czyli przedłużeniu “siedemnastki”, ale ze względu na jeden kierunek ruchu trzeba było pojechać nieco na około. Na Street View sprawdziliśmy więc, jak wygląda skrzyżowanie, na którym przyjdzie nam skręcić i bez żadnych problemów dotarliśmy na miejsce. Zanieśliśmy graty do pokoju, szybki prysznic, przebierka i ruszyliśmy na podbój miasta.

Przyznam, że w pierwszej chwili Zamość mnie trochę rozczarował. Miałem wszak w pamięci sceny z sienkiewiczowskiego “Potopu” i podświadomie oczekiwałem, że zaraz ujrzę potężne mury twierdzy, która oparła się jednej z najskuteczniejszych armii ówczesnej Europy. Niestety. Zamość pełnił funkcję twierdzy aż do lat 60-tych dziewiętnastego wieku, a potem na rozkaz cara umocnienia została w większości rozebrane.To, co ocalało reprezentuje sobą dziewiętnastowieczną, a nie siedemnastowieczną sztukę fortyfikacyjną. Nie jest to zdecydowanie epoka “małego rycerza” i jego kompanów.

Ale Zamość jest bardzo ładnym miastem. Zaczęliśmy od Rynku i obowiązkowej fotki na tle ratusza. A potem, ponieważ byliśmy już mocno głodni, skierowaliśmy się do mieszczącej się w kamienicy “Ormiańskiej” restauracji, serwującej także - jak łatwo zgadnąć - dania kuchni ormiańskiej. Po solidnym posiłku, popitym armeńskim piwem (piwo jak piwo, powiem szczerze, pijałem lepsze), poszliśmy zrobić to, co lubimy najbardziej, czyli powałęsać się po mieście i pozaglądać w różne zakamarki. Gdy od tego wałęsania rozbolały nas już solidnie nogi, wynajęliśmy “melexa” z przeuroczym kierowcą-przewodnikiem, strasznym gadułą, który bardzo ciekawie opowiadał o Zamościu i jego historii.
















Późnym wieczorem, pełni wrażeń, wróciliśmy do hotelu. Następnego dnia czekało nas spotkanie z duchem.
_________________

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
 
 
VdL
Zlotowicz



Wiek: 48
Dołączył: 29 Maj 2014
Posty: 3324
Skąd: dokąd
Wysłany: 2019-02-09, 18:30   

irycki napisał/a:
W Załużu wjechaliśmy na DK-28 i pomknęliśmy w stronę Przemyśla.

No, “pomknęliśmy” to za dużo powiedziane. Już na etapie planowania dzisiejszego etapu zafrapował mnie wygląd tej drogi na mapie googla:

Obrazek

I tak to właśnie wyglądało w rzeczywistości - ciasne serpentyny, na których musiałem chwilami zwalniać poniżej 20 km/h, bo przy wyższej prędkości szorowałem podestami po asfalcie. Nierzadko też trzeba było redukować się do “jedynki”. I choć lubię wiraże, to po pół godzinie takiej karuzeli zaczęła mi się marzyć słynna Route 66, która przez dziesiątki mil nie ma ani jednego zakrętu…

W pewnym momencie pojawił się znak, na którym napisane było “Przemyśl 40”. Przemyśleliśmy to. Potem musieliśmy jeszcze przemyśleć 30, 20 i 10, i tak, myśląc o kolejnych malejących wielokrotnościach liczby dziesięć, wjechaliśmy do Przemyśla.


Najlepsza widokowa droga w Bieszczadach, wielokrotnie ją pokonywałem będąc w tych okolicach. Polecam każdemu, wrażenia murowane.
_________________
 
 
johny
Moderator



Wiek: 45
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 9138
Skąd: Łódź
Wysłany: 2019-02-09, 19:06   

Extra, czekałem na to! A widok z zamku w Sobieniu w realu jest jeszcze wspanialszy! Dawaj dalej!
_________________
... To live is to die... - Cliff Burton
volenti non fit iniuria!
When you walk through a storm, Hold your head up high, And don`t be afraid of the dark. At the end of a storm, There`s a golden sky...
XIII VII III I V XX XIV 1

 
 
TomaszK
Forowy Badacz Naukowy



Wiek: 57
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 6114
Wysłany: 2019-02-10, 12:18   

Zaliczaliście te same punkty Bieszczad, co my w czasie zlotu kilka lat temu - Lesko, Cisna, Solina. :564:
Twoja żona, jak widzę dzieli Twoją pasję zwiedzania na motorze, to wspaniałe. Jak rozumiem spotkamy się z Marysią w czasie najbliższego zlotu.

irycki napisał/a:
Przy skrzyżowaniu stał nie jeden, ale wiele “kiosków Gnata”. Różnica była taka, że Gnat sprzedawał przynajmniej “rękodzieło”. Jego walory artystyczne były dyskusyjne, to inna sprawa. Ale teraz większość pamiątek jest pewnie robiona w Chinach…

No proszę, minęło 40 lat, a miejsce się nie zmienia :-D
_________________
 
 
irycki
Przygodomaniak
Pan Motocyklik



Wiek: 52
Dołączył: 22 Cze 2016
Posty: 1053
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2019-02-10, 16:28   

Dzień czwarty: Środa 8 sierpnia 2018

Już wczoraj na odcinku z Przemyśla do Zamościa spory odcinek jechaliśmy głównie drogami wojewódzkimi, a dzisiaj mieliśmy poruszać się prawie wyłącznie takimi drogami. Przed Marysią, która w naszej bombowej załodze pełniła funkcję nawigatora, stawiało to nowe wyzwania.

Na motocyklu jest inaczej niż w samochodzie, gdzie pasażer może sobie wyjąć komórkę i w spokoju sprawdzić sytuację na Google Maps albo tradycyjnej mapie. Wyciąganie telefonu przy prędkości kilkudziesięciu kilometrów na godzinę jest problematyczne. Są co prawda opaski na na telefon na ramię (takie dla biegaczy) i nawet Marysia zaopatrzyła się przed sezonem w taką opaskę. I było fajnie dopóki przy którymś wyjeździe pęd powietrza nie rozpiął rzepa i telefon nie poleciał na szosę! O dziwo przeżył, choć szybka stłukła się w drobny mak i trzeba ją było wymieniać. Lepszej opaski nie udało się dostać więc telefon Marysia trzymała w kieszeni. Dlatego każde sprawdzenie trasy na googlu wymagało postoju i staraliśmy się to robić jak najrzadziej. Póki jedzie się “krajówkami”, to nie ma większych problemów, bo oznaczenia są OK, ale na drogach wojewódzkich i lokalnych zaczynają się schody. Trzeba nauczyć się trasy na pamięć, przy czym największy problem stanowi domyślenie się, na jakie miejscowości będą wskazywać drogowskazy. W przypadku dróg wojewódzkich pomaga jeszcze numer, ale lokalne go nie mają. A najgorzej jest podczas przejazdu przez miasto.

Oczywiście sprawę załatwiłaby porządna nawigacja motocyklowa (“motocyklowość” polega na odporności na deszcz i możliwości obsługi w rękawicach). Nawet myślałem o kupnie takiej nawigacji, ale na myśleniu się skończyło… A dziś nawigacja znowu by się nam przydała.

Z Zamościa wyruszyliśmy zaraz po śniadaniu (“szwedzki” stół, ma się rozumieć) i przez Skierbieszów, Kraśniczyn i Boruń pomknęliśmy na południe. Droga niby prosta, ale po drodze złapały nas jakieś roboty drogowe i objazdy. Naszym pierwszym celem był Chełm, a głównie zabytkowa kopalnia kredy.

Chełmskie podziemia kredowe są absolutnym unikatem. Już w XIII wieku chełmianie wydobywali kredę, która była bardzo cennym surowcem. Wydobywano tę kredę w bardzo oryginalny sposób. Nie było żadnych oficjalnie ustanowionych kopalni i szybów, każdy kopał po prostu w piwnicy swojego domu! Ponieważ siłą rzeczy kopana w piwnicy dziura nie mogła być zbyt szeroka, trzeba więc było ją nieustannie pogłębiać. Całe pokolenia mieszkańców drążyły coraz głębsze i dłuższe korytarze, aż wreszcie stało się nieuniknione - korytarze zaczęły na siebie wpadać, łączyć się, samoistnie tworzył się podziemny labirynt. Zdarzało się, że jakiś kopiący nieświadomie podkopywał się pod korytarz należący do innej rodziny i doprowadzał do oberwania stropów. Podczas zwiedzania byliśmy w miejscu, gdzie w ten sposób przechodziły nad sobą aż trzy chodniki, a ich zarwanie doprowadziło do powstania pokaźnej komory.

Taka radosna, rabunkowa eksploatacja złoża trwała do aż do XVIII wieku, choć już wiek wcześniej notowano wypadki zawalenia się budynków. Szacowano, że w XVII wieku na sto domów 80 miało wejścia do podziemi! Coraz większe ryzyko katastrofy było przyczyną wydawania zarządzeń ograniczających wydobycie kredy, aż w końcu pod koniec XIX w. zakazano jej całkowicie. Podziemia opustoszały, a chełmianie żyli sobie spokojnie, coraz rzadziej pamiętając o tym, że pod ich domami znajduje się pustka…

Podziemia przypomniały o sobie w latach 60-tych XX wieku, kiedy pod jadącą ciężarówką zarwała się ulica. Dopiero wtedy uświadomiono sobie skalę problemu i rozpoczęto prace zabezpieczające. W ich trakcie zinwentaryzowano, o ile dobrze pamiętam, 7 kilometrów chodników (niektórzy piszą o 40-tu, ale nasza Pani przewodniczka to wyśmiała). W ramach prac zasypano część korytarzy i zabezpieczono resztę. Dla turystów przygotowano ponad półtora kilometrową trasę. W miejscu, gdzie zapadła się ciężarówka, jest teraz budynek z wejściem do trasy turystycznej.



(fot. Marysia)


Jak głosi legenda, w podziemiach żył duch Bieluch. Pomagał on mieszkańcom, a intruzów gnębił. Ostatnio jednak duch zdezerterował, zmienił profesję i zajął się produkcją serka homogenizowanego, dlatego w podziemiach w jego rolę zmuszony jest wcielać się pracownik muzeum.

Serek ducha Bielucha




Do podziemi wchodzi się grupą z przewodnikiem, a zwiedzanie zajmuje pięćdziesiąt parę minut, dlatego kolejne grupy wchodzą w odstępach godzinowych. Pierwsza zaczyna o 11-tej.

Do Chełma dotarliśmy koło 10-tej. Ponieważ nie wiedzieliśmy, jak jest z wjazdem do centrum, zostawiliśmy motor na parkingu koło centrum handlowego i ruszyliśmy pieszo. Po dojściu na miejsce okazało się, że ludzie parkują motocykle na chodniku wzdłuż ulicy Lubelskiej, przy której jest wejście do podziemi. Marysia zajęła się więc ogarnianiem biletów, a ja szybko wróciłem na parking i przebazowałem Bombowca. Udało nam się wejść z pierwszą grupą. Ze względu na panującą na dole temperaturę 9 stopni wzięliśmy motocyklowe kurtki.

W podziemiach jest kilka ekspozycji, w tym archeologicznych, między innymi prezentujących rzeczy wydobyte z szybu zasypanej przed wiekami studni znajdującej się na Rynku. Trasa muzealna przecina szyb tej studni, który w całości ma głębokość 30 metrów, a my byliśmy, o ile dobrze pamiętam, na głębokości 12 metrów poniżej poziomu ulicy.

Po wyjściu z podziemi postanowiliśmy jeszcze zajść na Rynek do jakiejś kafejki. Siedząc przy stoliku w kawiarnianym ogródku patrzyliśmy na rekonstrukcję starej studni. Pół godziny wcześniej byliśmy już w tym miejscu, kilkanaście metrów pod ziemią…

Z Chełma pojechaliśmy dalej ku północy. Nie mieliśmy skonkretyzowanych planów, zamierzaliśmy zatrzymać się gdzieś w Poleskim Parku Narodowym lub w okolicy. Drogą 841, przez Wierzbicę i Cyców (śliczna nazwa!) dojechaliśmy do krajówki 82, gdzie skręciliśmy na Urszulin. W Urszulinie jakoś się nam nie spodobało i uznaliśmy, że szukamy czegoś nad pobliskim Jeziorem Wytyckim. Wszak jezioro to dobra rzecz!

Na google mapie sprawdziliśmy, że jezioro dochodzi blisko do drogi i powinno być z niej dobrze widoczne. Co jak co, ale jezioro trudno przegapić, prawda?

Ruszyliśmy więc w kierunku Wytyczna. W pewnym momencie otworzyła się przed nami z lewej strony spora przestrzeń. Tyle, że to była jakaś łąka, a nie żadne jezioro! Chwilę potem minęliśmy tablicę z nazwą wsi. Wytyczno. Ki czort? Przecież jezioro miało być wcześniej! Duch Bieluch coś tu namieszał, czy jak?

Zasugerowałem załodze, że może źle pamiętamy mapę i najpierw ma być wieś, a potem jezioro. Nawigator pokładowy bardzo się obruszył na moją sugestię i z naciskiem oświadczył, że ja mogę sobie pamiętać co chcę, ale nawigatorzy są pewni tego, co mówią. Jezioro już minęliśmy!

Nie uwierzyłem (niesłusznie, jak się okazało) i pojechaliśmy dalej. Wytyczno okazało się być taką wioską bez przekonania ;) , tu i ówdzie po bokach mignęły jakieś domki i chwilę później jechaliśmy już przez las. Miałem cały czas nadzieję, że po lewej stronie zaraz zobaczymy błękitną toń, ale nic z tego. Zamiast tego pojawiły się drogowskazy informujące, że do Włodawy jest niewiele ponad 20 kilometrów.

Ponieważ jak już ruszę, to bardzo nie lubię stawać, stwierdziłem, że jedziemy do Włodawy i tam się zastanowimy. Zresztą i tak potrzebna nam była stacja benzynowa.

Zajechaliśmy więc we Włodawie na tankstelle, nakarmiliśmy potwora, usiedliśmy w cieniu i odbyliśmy naradę bojową. Nie chcieliśmy po raz kolejny nocować w mieście, na zwiedzanie zabytków jakoś też nie mieliśmy ochoty, zaczęliśmy więc szukać w sieci jakiejś agro. W pobliżu nic ciekawego nie znaleźliśmy, zasugerowałem, żeby jednak popatrzeć na to Wytyczno, i wyskoczyła nam fajna agroturystyka. Marysia (która potrafi się ładnie uśmiechać przez telefon) zadzwoniła i okazało się że jest do wzięcia domek w akceptowalnej cenie. Zrobiliśmy rezerwację i dowiedzieliśmy się, że agro nie oferuje posiłków, domek wyposażony jest w kącik kuchenny. Czyli musimy sobie radzić sami.

Zajechaliśmy więc jeszcze do marketu pod czerwonym insektem w czarne kropy, kupiliśmy jakieś dania do szybkiego przyrządzania i ruszyliśmy z powrotem w stronę Wytyczna. Minęliśmy wieś, z prawej pojawiła się znana nam polana, Marysia wytężyła wzrok i okazało się, że polanę kończy coś w rodzaju wału. Ha! Schowali jezioro za wałem, skubańcy!

Sprawdziłem potem na wiki, że jezioro jest naturalne, więc nie wiem dlaczego zostało obwałowane. Może okresowo wylewało, albo co.

Marysia bez pudła zlokalizowała polną drogę, w którą należy skręcić by dotrzeć do naszej agro i po paru minutach byliśmy na miejscu. Przemiła pani właścicielka, zobaczywszy motor, natychmiast powiedziała, żebym go wprowadził do środka i zaparkował koło domku (zasadniczo samochody gości stały w zatoczce parkingowej przy drodze). Na moje pytanie “którędy?”, bo nie widziałem przejazdu, odpowiedziała “a tędy, o” i pokazała na klomb równiutko wysypany szyszeczkami. Przejechałem więc przez klomb, starając się nie zahaczyć o jakieś ozdobne krzaczki, Marysia poprawiła szyszki i mogliśmy się zacząć rozgaszczać.

Nasz domek nad Jeziorem Wytyckim

(fot. Marysia)


Okazało się, że w cenie domku jest możliwość używania łódki, więc po obiedzie poszliśmy nad jezioro. Łódka nie bardzo nadawała się do długich rejsów, bo była to szeroka plastikowa krypa z tępym dziobem, która stawała w miejscu jak tylko przestało się wiosłować. Za to, jak sądzę, była idealna dla wędkarzy, bo była bardzo stabilna. Ale i tak było bardzo fajnie. Na jeziorze byliśmy prawie sami. Niedaleko nas kręciła jakaś żaglówka, a przy drugim brzegu wypatrzyłem jeszcze jedną łódkę, chyba z wędkarzami. I to wszystko na całym sporym jeziorze! Jeśli nie liczyć, rzecz jasna, licznie reprezentowanego ptactwa.






(fot. Marysia)
_________________

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
 
 
PawelK
Moderator



Dołączył: 27 Lip 2013
Posty: 4417
Wysłany: 2019-02-10, 16:34   

irycki napisał/a:
Dlatego każde sprawdzenie trasy na googlu wymagało postoju i staraliśmy się to robić jak najrzadziej.


Tak z ciekawości - gdy jadę sam samochodem opieram się o nawigację głosową, tzn. google maps mi mówi co mam robić. Czy włożenie telefonu do kieszeni kierowcy i słuchawki do ucha jest niemożliwe?
_________________
Za oknem skoro świt Kilimandżaro...
 
 
irycki
Przygodomaniak
Pan Motocyklik



Wiek: 52
Dołączył: 22 Cze 2016
Posty: 1053
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2019-02-10, 17:41   

PawelK napisał/a:
Czy włożenie telefonu do kieszeni kierowcy i słuchawki do ucha jest niemożliwe?


Jest możliwe, nawet nie trzeba słuchawki bo interkom ma możliwość parowania z telefonem. Rozważałem to.

Tylko dalej tego telefonu nie masz jak obsłużyć bez zatrzymania, a gdyby mi coś gadało przez całą drogę, to by mnie diabli wzięli. Wyciszyć nie ma jak w czasie jazdy (to znaczy mogę ściszyć cały interkom, ale wtedy wyciszył bym też Marysię, a nie o to chodzi). Zwłaszcza że jednak na ogół wiedzieliśmy jak jechać, problemowo robiło się z rzadka i z nienacka ;) .
Jak już stawaliśmy sprawdzić drogę, to szybciej było zerknąć na g mapę niż bawić się w programowanie nawigacji.

A podczas największej wtopy nawigacyjnej (o której jeszcze będzie) gadająca nawigacja nic by mi nie dała, bo intencjonalnie pojechałam inaczej niż planowaliśmy.

Co innego możliwość podglądu mapy przez cały czas. Dlatego na przyszły sezon kupuję jakąś przyzwoitą navi motocyklową.

TomaszK napisał/a:

Twoja żona, jak widzę dzieli Twoją pasję zwiedzania na motorze, to wspaniałe. Jak rozumiem spotkamy się z Marysią w czasie najbliższego zlotu.

Jasne, oboje się wybieramy. :)
_________________

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
Ostatnio zmieniony przez irycki 2019-02-10, 17:47, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
TomaszK
Forowy Badacz Naukowy



Wiek: 57
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 6114
Wysłany: 2019-02-10, 18:31   

Kiedy miałem 15 lat, wracając z wakacji na Mazurach jechaliśmy przez Chełm. Dowiedziałem sie wtedy o podziemiach kredowych, w których trwały wtedy prace zabezpieczające i przygotowywano trasę turystyczną. Od czterdziestu lat czekam kiedy będę mógł ją zwiedzić. Sugerowałem Czesiowi konieczość zorganizowania zlotu w tamtych stronach, ale zwykle słyszałem odpowiedź w rodzaju "tak, tak, oczywiście". A ja muszę tam kiedyś pojechać.
_________________
 
 
Czesio1
Administrator
Ojciec Prowadzący



Wiek: 43
Dołączył: 07 Lip 2013
Posty: 12042
Wysłany: 2019-02-10, 20:38   

TomaszK napisał/a:
Sugerowałem Czesiowi konieczość zorganizowania zlotu w tamtych stronach, ale zwykle słyszałem odpowiedź w rodzaju "tak, tak, oczywiście". A ja muszę tam kiedyś pojechać.

Tak, tak, oczywiście. :-D
_________________

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało :-)
 
 
irycki
Przygodomaniak
Pan Motocyklik



Wiek: 52
Dołączył: 22 Cze 2016
Posty: 1053
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2019-02-16, 16:38   

Tak poza relacją, to właśnie dziś zacząłem nowy sezon :) . Pierwsze kilometry w 2019 nawinięte na koła.

Dzień piąty: Czwartek 9 sierpnia 2018

Tego dnia nie planowaliśmy żadnego zwiedzania po drodze. Naszym celem była niewielka wioska niedaleko Kleszczeli, tuż pod białoruską granicą. Mój kuzyn parę lat temu kupił tam dom, wyremontował i przerobił na dom letniskowy. Zostaliśmy zaproszeni i planowaliśmy spędzić tam dwie kolejne noce

To był ten dzień, kiedy brak nawigacji spowodował, że pojechaliśmy inaczej niż pierwotnie planowaliśmy. Z Wytyczna ruszyliśmy w stronę Włodawy, w Kołaczach skręciliśmy w lewo na DW819, a potem lokalną drogą planowaliśmy przeskoczyć na DW812, i przez Wisznicę i Białą Podlaską dotrzeć do krajowej dziewiętnastki tuż przed Siemiatyczami.

Niestety, nie skręciliśmy we właściwym miejscu, bo ktoś ukradł drogowskaz ;) . A tak bardziej serio, to pewnie skosił go równo z trawą jakiś szybszy niż światło lokales w swoim bolidzie marki golf. Tak czy siak, znaku nie było i pojechaliśmy prosto. Po paru kilometrach zorientowaliśmy się, że chyba za długo jedziemy, ale nie chciało nam się wracać. Marysia stwierdziła, że tędy też gdzieś dojedziemy, więc ciągnęliśmy dalej. Dojechaliśmy do Parczewa, tam skręciliśmy w 813-tkę i dotarliśmy do Międzyrzeca Podlaskiego, gdzie wypadliśmy na DK19. Chciałem pierwotnie jak najkrócej jechać krajówką, mając w pamięci dziki tłok na drogach pod Rzeszowem i Zamościem, tymczasem… tymczasem na dziewiętnastce było praktycznie pusto! Szeroka droga, z rewelacyjną nawierzchnią, raz na jakiś czas pojawiały się jakieś samochody. W pewnym momencie przez dłuższą chwilę nie mieliśmy żadnego ruchu w zasięgu wzroku, droga szła idealnie prosto, po obu stronach ciągnęły się aż po horyzont pola… Aż chciało się zaśpiewać za Motorhead chrapliwym głosem Lemmy’ego:

He rides a road
That don't have no end
An open highway
Without any bends
Tramp and his stallion
Alone in a dream
Proud in his colours
As the chromium gleams


I tak właśnie pędziliśmy na naszym stalowym koniu, prostą drogą zdającą się nie mieć końca, a słońce odbijało się w chromach.

Jednak Polska to nie Stany, a DK19 to nie słynna Route 66, więc po jakimś czasie pojawiły się inne pojazdy, a na horyzoncie wyrosła wioska, i nastrój odrobinę prysł. Ale i tak jechało się bardzo przyjemnie, silnik bulgotał sobie radośnie a opony śpiewały na rozgrzanym asfalcie.

Przed Łosicami zrobiliśmy krótki postój w przydrożnym zajeździe i zjedliśmy pyszne naleśniki z dżemem. Potem dotarliśmy do Siemiatycz i drogą 693 dojechaliśmy do Kleszczeli, a dalej krajówką na północ. Parę kilometrów za Kleszczelami skręciliśmy w lokalną drogę i w porze obiadowej zameldowaliśmy się w posiadłości kuzyna. Szybka przebierka w cywilne ciuchy i samochodem kuzynostwa pojechaliśmy do Hajnówki na obiad. Tak dobrych pielmieni ze śmietaną dawno nie jadłem! Potem połaziliśmy trochę po Hajnówce i wróciliśmy do Kleszczeli, gdzie obejrzeliśmy stary budynek stacyjny (niestety, haniebnie zaniedbany), cerkiew (tylko od zewnątrz, niestety) i katolicki kościół. Późnym popołudniem wróciliśmy do domu.

budynek stacyjny w Kleszczelach:

(fot. Marysia)


(fot. Marysia)

fragment:



kościół w Kleszczelach


Marysia przy kamyczku



Moi kuzynostwo, kupiwszy dom, bardzo szybko “wsiąkili” w lokalną społeczność. Nie jest to typowe, pokazywano nam potem dom po drugiej stronie wioski, który kupił jakiś “adwokat z Warszawy”, ale on “z miejscowymi się nie zadaje”. A dom otoczył wysokim płotem, żeby mu do środka nie zaglądali. Mój kuzyn zakumplował się z połową wioski. Nie zdążyliśmy dobrze usiąść na rozstawionych pod gruszą krzesełkach, jak pojawiła się Wiera, sąsiadka, Białorusinka wżeniona w miejscowego gospodarza. Wiera mówiła jakimś cudownym dialektem, częściowo po białorusku, częściowo po polsku, przy czym rozmawiając z nami starała się mówić bardziej po polsku niż białorusku, natomiast kiedy rozmawiała z moją kuzynką, która zna perfekt rosyjski, mówiła już wyłącznie po swojemu. Jak każdy z mojego pokolenia uczyłem się kiedyś rosyjskiego i tylko dzięki temu byłem w stanie śledzić ogólny sens rozmowy, ale łatwo nie było.

Wiera, jak większość miejscowych, ma prawo do dowolnego przekraczania granicy i właśnie wróciła z Białorusi, przywożąc przeróżne wiktuały, a widząc, że sąsiedzi mają gości, od razu przybiegła z poczęstunkiem. Zanim się zorientowaliśmy, na stół trafił pyszny białoruski chleb i masa różnego innego dobra, w tym jakaś specjalna nalewka “z siedmiu liści”, o ile dobrze pamiętam nazwę, o bardzo intrygującym smaku.

Sjesta pod gruszą

(fot. Marysia)

I tak siedzieliśmy sobie pod gruszą, popijaliśmy, rozmawialiśmy i popatrywaliśmy przez płot na toczące się nieśpiesznie życie. O, na przykład na wracające z pracy krowy:


(fot. Marysia, zdjęcie tak naprawdę z dnia następnego, ale bardziej mi tu pasowało do relacji, a krowy i tak chodzą codziennie.)


Obserwowaliśmy też miejscowe rozrywki, na przykład Iwana, który robił rajdy traktorem po wsi, wożąc chętnych na przyczepce.

Potem poszliśmy jeszcze na spacer po okolicy. Wyjść z wioski nie było łatwo, bo prawie przed każdą chałupą na ławeczce siedzieli jacyś ludzie i ze wszystkim się trzeba było przywitać, a z połową bardziej zaprzyjaźnionych pogadać. Mimo więc że wioska niedługa, trwało to trochę.

Niestety, wioska powoli wymiera. Jest tylko dwójka dzieci mieszkających na stałe, reszta dzieciarni, kręcącej się licznie po okolicy, to, jak wyjaśnił kuzyn, rodziny mieszkające w Białymstoku lub innych większych miastach, i tylko wakacje i weekendy spędzające na ojcowiźnie. Z grubsza połowa domów na co dzień stoi pusta.

Potem znowu usiedliśmy do jadła i napoju. Kiedy zaczęło się robić ciemno, mój kuzyn powiedział
- Zaraz zapalą się latarnie. Na pięć minut.
Myślałem, że żartuje, ale faktycznie latarnie zapaliły się, poświeciły trochę - może to było 10 minut, a nie pięć, nie liczyłem - i zgasły.

Kuzyn powiedział, że nie ma pojęcia o co w tym chodzi, ale ja mam swoje podejrzenia. Miałem trochę do czynienia z rozliczaniem różnych grantów i dotacji, i wiem, że ważna jest absolutna zgodność z tym, co jest w papierach. Sensu być nie musi, nikt tego nie wymaga.

Podejrzewam więc, że wioska na te latarnie dostała jakąś dotację i w warunkach stało, że latarnie mają być włączane codziennie o zmroku. Ale jeśli nie było napisane, o której mają być wyłączane, to wyłączenie ich po pięciu minutach będzie absolutnie zgodne z warunkami. A wioska jest biedna i na takie ekstrawagancje, jak świecenie światła przez całą noc, jej nie stać. Zresztą w nocy się śpi a nie szlaja po wsi, a jak ktoś musi, to se weźmie latarkę.
_________________

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
Ostatnio zmieniony przez irycki 2019-02-16, 16:38, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
johny
Moderator



Wiek: 45
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 9138
Skąd: Łódź
Wysłany: 2019-02-16, 16:49   

irycki napisał/a:
Aż chciało się zaśpiewać za Motorhead chrapliwym głosem Lemmy’ego:

Bardzo Cię polubiłem chłopie! :564:
_________________
... To live is to die... - Cliff Burton
volenti non fit iniuria!
When you walk through a storm, Hold your head up high, And don`t be afraid of the dark. At the end of a storm, There`s a golden sky...
XIII VII III I V XX XIV 1

 
 
johny
Moderator



Wiek: 45
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 9138
Skąd: Łódź
Wysłany: 2019-02-16, 16:54   

Ale pięknie opisałeś Podlasie! :564: Normalnie wzruszyłem się, to prawda tm ludzie są inni!
_________________
... To live is to die... - Cliff Burton
volenti non fit iniuria!
When you walk through a storm, Hold your head up high, And don`t be afraid of the dark. At the end of a storm, There`s a golden sky...
XIII VII III I V XX XIV 1

 
 
TomaszK
Forowy Badacz Naukowy



Wiek: 57
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 6114
Wysłany: 2019-02-17, 10:03   

irycki napisał/a:
Tak dobrych pielmieni ze śmietaną dawno nie jadłem!

A ja nigdy w życiu nie jadłem pielmieni :-(

Dostałeś trochę tej nalewki z siedmiu liści, albo przynajmniej przepis ?
_________________
 
 
irycki
Przygodomaniak
Pan Motocyklik



Wiek: 52
Dołączył: 22 Cze 2016
Posty: 1053
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2019-02-17, 12:10   

TomaszK napisał/a:
irycki napisał/a:
Tak dobrych pielmieni ze śmietaną dawno nie jadłem!

A ja nigdy w życiu nie jadłem pielmieni :-(

Może na Zlocie da się to nadrobić? Co prawda Suwalszczyzna to już bardziej wpływy litewskie, ale przecież to się wszystko kotłowało kulturowo, wiec nie wykluczone, że pielmieni tam mają.

Cytat:

Dostałeś trochę tej nalewki z siedmiu liści, albo przynajmniej przepis ?

Nalewka była sklepowa, tyle że nie nasza a białoruska. Nie sądzę żeby Wierka znała przepis, ale nie przyszło nam do głowy zapytać.
_________________

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
 
 
irycki
Przygodomaniak
Pan Motocyklik



Wiek: 52
Dołączył: 22 Cze 2016
Posty: 1053
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2019-02-17, 13:03   

Dzień szósty: Piątek 10 sierpnia 2018

Tego dnia miało przyjść załamanie pogody, niosące ze sobą groźne burze. Na portalu Antistorm widać już było idący od zachodu wał chmur. U nas niebo było jeszcze bezchmurne, a upał stawał się trudny do wytrzymania. Dlatego zebraliśmy się w miarę wcześnie rano i przez Kleszczele i Siematycze pojechaliśmy do Drohiczyna, gdzie mieliśmy w planie obejrzenie muzeum starych motocykli.

http://www.motocykle-drohiczyn.pl/

Już na miejscu dowiedzieliśmy się, że większość eksponatów pochodzi z prywatnej kolekcji człowieka, który ma ich koło setki! W muzeum, oprócz jednośladów, były także inne wytwory myśli technicznej sprzed lat, a także sporo ciekawostek o regionie.



(fot. Marysia)


(fot. Marysia)


(fot. Marysia)

Popatrzcie na to zawieszenie!!!

(fot. Marysia)




















Jak się okazało, w sąsiedniej willi mieści się także muzeum kajakarstwa, podobno jedyne takie w Polsce:












Gdy wyszliśmy, atmosfera na dworze powoli zaczynała przypominać dobrze rozgrzany piekarnik. Czym prędzej wsiedliśmy na motor i ruszyliśmy w drogę powrotną. W Siematyczach zrobiliśmy krótki postój na drugie śniadanie, a potem pomknęliśmy na Kleszczele. Za Siemiatyczami odbiliśmy w prawo, żeby zobaczyć świętą górę prawosławia, Grabarkę.

http://www.grabarka.pl/

Ma ona dla wyznawców prawosławia chyba takie samo znaczenie, jak Jasna Góra dla polskich katolików.




(fot. Marysia)


(fot. Marysia)


(fot. Marysia)


(fot. Marysia)






(fot. Marysia)



W międzyczasie upał jeszcze się wzmógł. Mimo tego, że staraliśmy się dużo pić, dawał się nam już we znaki. Mocno zmęczeni zwiedzaniem wróciliśmy do Bombowca, który stał zaparkowany na skraju drogi. Po drugiej stronie był taki wyjeżdżony placyk, na którym też parkowały samochody. Nie był to żaden utwardzony parking, tylko taki rozjeżdżony fragment łąki - dosyć nierówno, trochę piachu, jakieś kamyczki, żwir. Droga była zbyt wąska, więc pomyślałem, że wykorzystam ten placyk, żeby nawrócić. Poprosiłem Marysię, żeby jeszcze nie wsiadała, odpaliłem maszynę, ruszyłem, wjechałem na ów placyki i… nie wiem dokładnie, co się stało, podejrzewam że przednie koło odjechało mi na piasku, zmęczenie zwolniło reakcje, poczułem tylko że lecę na prawo, i jedyne, co dałem radę zrobić, to wyskoczyć spod przewracającego się motocykla.

Przewróciło się, niech leży, śpiewały Elektryczne Gitary, ale to nie było dla nas rozwiązanie. Przewróciło się, znaczy trzeba podnieść. Na swoim poprzednim motocyklu trenowałem podnoszenie. Tyle, że on ważył 90 kilo mniej! Czy dam radę dygnąć Bombowca? Na szczęście ten motocykl miał szerokie gmole, dzięki czemu nie leżał zupełnie na płask i łatwiej się było pod niego wpasować. Obróciłem kierownicę maksymalnie w prawo, lewą ręką złapałem za manetkę, prawą za stelaż od sakw, ukucnąłem zapierając się plecami o bak i zacząłem wyciskać… Udało się! Choć jeszcze następnego dnia czułem to wyciskanie w plecach. Na szczęście tego dnia jechaliśmy bez bagażu. Pomógł też nisko położony środek ciężkości, typowy dla tego rodzaju motocykli.

Obejrzałem maszynę, ale szerokie przednie gmole spełniły swoje zadanie, ochraniając pedały przed złamaniem. Ruszyliśmy więc w powrotną drogę, bez strat w ludziach i sprzęcie, ale z poważną szramą na moim honorze motocyklisty. Co prawda starzy wyjadacze twierdzą, że motocykliści dzielą się na tych, którzy już położyli swoje maszyny i na tych, którzy dopiero to zrobią…

W Kleszczelach zrobiliśmy zakupy obiadowe i koło trzeciej dotarliśmy do posiadłości kuzynów. Zjedliśmy obiad i usiedliśmy pod gruszą, a kuzyn opowiedział, czym żyje dzisiaj cała wioska - otóż zaraz przyjadą “monachy” z sianem!

Niedaleko wioski mieści się męski klasztor prawosławny. Mieści się on, nawiasem mówiąc, w budynku szkoły, co dość dobrze ilustruje przemiany demograficzne na tym obszarze. Po prostu z braku dzieci szkoła zrobiła się niepotrzebna i gmina sprzedała budynek zgromadzeniu. Mnisi, czyli jak to tutaj mówią, “monachy”, prowadzą gospodarstwo, mają m.in. kozy i podobno robią pyszny kozi ser, niestety akurat gdy my byliśmy, nie mieli nic na sprzedaż. Mają też łąki i na tych łąkach siano. A że po kilkutygodniowym okresie upałów miały przyjść nawałnice, trzeba było to siano zwieźć. Nie tylko mnisi zresztą, pół wioski woziło tego dnia siano. Nie pamiętam już, czy mnisi w ogóle nie mieli stodoły, ale chyba jakąś mieli, tylko całe siano się im nie mieściło. W każdy razie gruchnęła wieść, że “monachy” będą swoje siano trzymać w stodole Wiery i jej męża.

Śmieszkowałem trochę, że to pewnie wyglądało tak: przyjechał przełożony klasztoru i powiedział - “słuchajcie, spotkał was wielki zaszczyt, będziemy u was trzymać siano”. Ale kuzyn całkowicie poważnie odparł, że faktycznie tak to wygląda i rzeczywiście jest to swego rodzaju wyróżnienie. A poza tym Wiera z mężem mieli dużą, prawie pustą stodołę, bo już właściwie nie uprawiali ziemi, będąc na emeryturze, więc wybór był dosyć oczywisty.

Nie mam niestety zdjęć, bo przyznam się, że głupio mi było. Mam wrażenie, że “monachy” cieszą się we wsi dużym szacunkiem (ale jak się potem dowiedziałem, nie u wszystkich, na przykład Iwan, ten od rajdów traktorem, wiesza na nich straszne psy) i nie wiedziałem, czy robienie fotografii nie zostanie to źle przyjęte. Ale sceny były momentami jak z komedii. Mieliśmy dobry widok spod gruszy, bo dom Wiery był prawie naprzeciwko domu kuzyna, trochę tylko z boku.

Najpierw przyjechał Mały Traktor z przyczepą pełną bel siana, prowadzony przez młodego mnicha. Mnisi prawosławni chodzą w tych swoich długich, powiewnych szatach i specyficznych nakryciach głowy. Jak się okazuje, noszą te szaty non stop, także do prac gospodarskich i oczywiście jazdy traktorem. Młody zaparkował traktor i zeskoczył. Zeskakując wyglądał jak wielki, czarny kruk! Myśleliśmy, że wjedzie na podwórko Wiery, ale okazało się, że nie. Musi czekać na batiuszkę.

Pół godziny później przyjechał Duży Traktor, ciągnąc dwie przyczepy pełne bel siana. Na belach przycupnęła reszta mnichów, niczym grupa czarnych, posępnych ptaszysk, a za kierownicą traktora siedział sam batiuszka w we własnej, dość pokaźnej osobie. Ja to może opowiadam lekkim tonem, ale gość ma naprawdę mój duży szacunek! Taki przełożony klasztoru nie wystarczy, że jest oblatany w sprawach, że tak powiem, teologicznych, ale musi mieć masę “twardych” umiejętności, jak choćby prowadzenie traktora i obsługę ładowarki do siana. Bo traktor miał z przodu takie kły (na których zresztą też przyjechały nabite bele) i te kły służą do ładowania, a ładował osobiście “batiuszka”, on też manewrował przyczepami, co nie było łatwe ze względu na ich gabaryty i brak miejsca.

Wkleję jeszcze raz zdjęcie z krowami, które dałem przy opisie dnia wczorajszego, ale jak zaznaczyłem w podpisie, tak naprawdę było zrobione właśnie dzisiaj. Za krowami po drugiej stronie ulicy widać właśnie zaparkowany Mały Traktor, już z pustą przyczepą. Dom Wiery jest z lewej strony, niewidoczny na zdjęciu. Przy okazji widać charakterystyczne, przed-burzowe niebo.



Jak już wspomniałem, takie wydarzenie to straszna atrakcja dla całej wioski, nic dziwnego że wszyscy wylegli z domów. Ale nie było żadnego zbiegowiska pod domem Wiery, nic z tych rzeczy. Wszyscy siedzieli na swoich ławeczkach, i udawali, że wcale ich to ładowanie siana nie obchodzi, skądże znowu. I tylko dawało się słyszeć mniej więcej takie dialogi:
- Patrz, już drugi raz tą dużą przyczepą obrócili.
- No…
- Iwan naliczył, że już trzydzieści bel przywieźli.
- No…
- A mówili, że będzie tylko dwadzieścia sześć…
- No...

Iwan zresztą swoim zwyczajem szalał traktorem wożąc rodzinę na przyczepce. No i oczywiście w międzyczasie krowy wróciły z pracy.

Każda atrakcja kiedyś się jednak kończy, więc “monachy” w końcu pojechały, mieszkańcy porozchodzili się do domów i zapanowała cisza.

Tymczasem burza była coraz bliżej:


(fot. Marysia)


Dużo wcześniej niż zwykle zrobiło się ciemno. Latarnie zapaliły się i zgasły. Na horyzoncie widać było błyskawice i słychać było odległe grzmoty. Pozbieraliśmy wszystkie rzeczy z dworu, przeparkowaliśmy pojazdy w bezpieczniejsze miejsce, i czekamy. Aż wreszcie…

...nic się nie stało. Wał chmur przeszedł nad nami, na horyzoncie jeszcze parę razy błysnęło i to by było na tyle. Żadnej burzy ani nawet porywistego wiatru. Tyle że w ciągu godziny temperatura spadła o kilkanaście stopni i po raz pierwszy na tym wyjeździe trzeba było założyć wieczorem kurtki.

Dopiero w nocy spadł deszcz, ale był to już taki zwykły deszcz na niepogodę, a nie żadna nawałnica.
_________________

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
Ostatnio zmieniony przez irycki 2019-02-17, 13:04, w całości zmieniany 2 razy  
 
 
TomaszK
Forowy Badacz Naukowy



Wiek: 57
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 6114
Wysłany: 2019-02-17, 21:13   

Nie wiedziałem, że postawienie przewróconego motocykla, to taki problem.
_________________
 
 
irycki
Przygodomaniak
Pan Motocyklik



Wiek: 52
Dołączył: 22 Cze 2016
Posty: 1053
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2019-02-18, 08:04   

No nie jest to duży problem, skoro go postawiłem. Ale jednak te 330 kilo swoje ważą... :D

Tutaj (od 3:10 minuty, bo wcześniej samo gadanie) można podejrzeć jak to się robi. Gość ma motocykl o 60 kilo lżejszy od mojego, i pewnie ma więcej krzepy, bo ja z taką łatwością tego nie zrobię, musiałem się mocno wysilić.

https://www.youtube.com/watch?v=fHDRfWG_Y-I
_________________

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
 
 
johny
Moderator



Wiek: 45
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 9138
Skąd: Łódź
Wysłany: 2019-02-18, 09:22   

irycki napisał/a:
No nie jest to duży problem, skoro go postawiłem. Ale jednak te 330 kilo swoje ważą... :D

Tutaj (od 3:10 minuty, bo wcześniej samo gadanie) można podejrzeć jak to się robi. Gość ma motocykl o 60 kilo lżejszy od mojego, i pewnie ma więcej krzepy, bo ja z taką łatwością tego nie zrobię, musiałem się mocno wysilić.

https://www.youtube.com/watch?v=fHDRfWG_Y-I

Dobre, dobre! A tobie , na którą stronę upadł? Podnosiłeś tak jak na filmiku?
_________________
... To live is to die... - Cliff Burton
volenti non fit iniuria!
When you walk through a storm, Hold your head up high, And don`t be afraid of the dark. At the end of a storm, There`s a golden sky...
XIII VII III I V XX XIV 1

 
 
irycki
Przygodomaniak
Pan Motocyklik



Wiek: 52
Dołączył: 22 Cze 2016
Posty: 1053
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2019-02-18, 18:38   

johny napisał/a:

Dobre, dobre! A tobie , na którą stronę upadł?

Mi poleciał na prawo, czyli odwrotnie niż było demonstrowane na filmie.

johny napisał/a:

Podnosiłeś tak jak na filmiku?

Tak, tą techniką. Tylko raczej nie miałem takiego beztroskiego wyrazu twarzy :evil:

Ale przynajmniej mam lepszy korek od baku. W przeciwieństwie do tego gościa nie leciało mi paliwo :)
_________________

Nie chcę pani schlebiać, ale jest pani uosobieniem przygody. Gdy patrzę na panią łowiącą ryby, pływającą po jeziorze, nie wyobrażam sobie, aby istniała bardziej romantyczna dziewczyna.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group. Template GreyBlue v 0.2 created by Nasedo.
Strona wygenerowana w 0.98 sekundy. Zapytań do SQL: 22