Z przygodą na ty Strona Główna



Z przygodą na ty

Forum Miłośników Przygody im. Pana Samochodzika

• FAQ • Dane_osobowe • Szukaj • Użytkownicy • Grupy
• Rejestracja • Zaloguj

Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Czesio1
2018-06-28, 20:15
05 - Relacja z V Forowego Zlotu Tum 2013
Autor Wiadomość
Czesio1
Administrator
Ojciec Prowadzący



Wiek: 42
Dołączył: 07 Lip 2013
Posty: 10527
Wysłany: 2018-06-28, 20:04   05 - Relacja z V Forowego Zlotu Tum 2013

V FOROWY KUWASOWY ZLOT
TUM 2013

6-8 września 2013 roku
_________________

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało :-)
 
 
Czesio1
Administrator
Ojciec Prowadzący



Wiek: 42
Dołączył: 07 Lip 2013
Posty: 10527
Wysłany: 2018-06-28, 20:05   

Dzień I – Piątek 6 września 2013 r.


1. Zbychowiec


Gostków


Wyjechaliśmy z Krakowa po południu, gdy TomaszK skończył pracę. Pogoda była dla nas łaskawa, słoneczko przyświecało i umilało nam podróż, ale bez przesady oczywiście (wszyscy pewnie wiedzą, że Tomasz jest zimnolubny i nadmiar słońca mu przeszkadza). W niecałe 4 godziny dotarliśmy w okolice zlotu.
Chcąc optymalnie zagospodarować nasz czas i korzystając z tego, że w Grotnikach nie było jeszcze nikogo poza nami (pierwsi zlotowicze mieli dotrzeć koło południa), podążyliśmy najpierw do dworu w Gostkowie. W międzyczasie zadzwonił do nas johny, który był właśnie w drodze z Łodzi i zadeklarował chęć dołączenia.
Jechaliśmy sobie w sielankowym nastroju do dworku, aż tu nagle z boku drogi wyrosły.. namioty indiańskie. Przystanęliśmy, nie bardzo wiedząc, jak przejść nad tym do porządku dziennego. Zafascynowany tym niecodziennym widokiem wysiadłem z samochodu i udałem się na obchód wokół ogrodzenia obozowiska, brodząc po pas w pokrzywach i jakimś innym zielsku. Ktoś z daleka zawołał do mnie z wewnątrz obozu. Była to jakaś pani (może powinienem powiedzieć squaw), machała do mnie ręką i dawała mi do zrozumienia, żebym podszedł. Wtedy zorientowałem się, że obóz ma wejście(!) przez które można normalnie wejść. Dowiedziałem się, że dwie panie, które tam wtedy spotkaliśmy, przez lata same zbudowały ten obóz i jest on wierną rekonstrukcją prawdziwych indiańskich siedlisk, ich namiotów, totemów, sztuki itp. Jedna z pań przez większość swojego życia podróżowała po Ameryce, przebywała wśród różnych plemion indiańskich i przywiozła ze sobą tony pamiątek. Dowiedzieliśmy się też, że w obozie odbywają się imprezy indiańskie. Jedna z takich imprez miała się odbyć następnego dnia, ale tym razem nie udało nam się załapać.



Obóz indiański.


Krowa piwodajna w obozie indiańskim. Jest to specjalna krowa
używana przez Indian, która, jak się ją doi, daje piwo zamiast mleka.


Wkrótce po odwiedzinach w obozie dojechaliśmy do Gostkowa. Dłuższą chwilę zajęło nam szukanie drogi do niego. Miejscowi, na pytanie o drogę do dworu, patrzyli na nas jak na UFO. W końcu postanowiliśmy zapytać o drogę do urzędu gminy - wtedy jakiś miły człowiek machnął ręką za siebie i odparł "no przecie przy nim stoicie". Faktycznie, staliśmy tuż przy ogrodzeniu do kompleksu, na którym znajdował się między innymi nasz dworek.
Na miejscu okazało się, że budynek jest jakby wyjęty z książki Nienackiego - opis zgadzał się niemal co do joty, z wyjątkiem kilku detali (np. brak parku przed dworkiem, brak świątyni dumania w parku zrekompensowany jej malunkiem na ścianie w holu).
Mieliśmy nieodparte wrażenie, że zostaliśmy wzięci za jakieś grube ryby (telewizja, ministerstwo), bo wszędzie chętnie nas wpuszczano :) To chyba urok osobisty Tomasza oraz moje okulary przeciwsłoneczne. Przypuszczam, że wyglądaliśmy trochę jak ekipa z filmu "Smażalnia Story" z lat osiemdziesiątych.
Wpakowaliśmy się z impetem japońskich turystów do środka dworku. Tomasz od razu nawiązał przyjacielskie relacje z pracującymi tam urzędnikami. Obejrzeliśmy wszystko, co było do obejrzenia i obfotografowaliśmy wszystko, co było do obfotografowania, w tym salę balową, salę konferencyjną i parę innych pomieszczeń. Potem poszliśmy za budynek, do mini-parku i kontemplowaliśmy piękną architekturę tej części dworku, gdy nadjechał johny. Johnemu z kolei musieliśmy wytłumaczyć, jak ma skręcić na rondzie wielkości miednicy, odległym od nas o jakieś sto metrów. Na skutek naszych nieprecyzyjnych wskazówek zmylił on parę razy drogę na tym rondzie i musiał zawracać. Na szczęście opatrzność nad nami czuwała, skończyły się też możliwości złego skręcenia (rondo miało tylko 4 odnogi), i w końcu nasz kompan dotarł do nas cały i zdrowy, po mrożących krew w żyłach przejściach na drodze gminnej jednopasmowej. Wyściskawszy go na powitanie, zabraliśmy go na obchód dworku i jego parku.

Poniżej parę zdjęć (przepraszam za jakość niektórych, moja komóreczka nie pstryka zbyt dobrych w warunkach słabego oświetlenia):



Dworek od strony podjazdu.


Fronton dworku.


Wizerunek "Świątyni Sybilli" na ścianie holu.


Malunki na suficie w holu.


Plan parteru dworku.


Plan piętra dworku.


Kominek w rogu sali ślubów.






Sala ślubów na piętrze dworku.








Sala konferencyjna na piętrze budynku.


Tył dworku.


Nasza ekipa podczas odpoczynku na tyłach dworku.


Tu chyba mieszkał kiedyś powieściowy Janiak.


Dworek zaliczony.

Relacja johny'ego z tego wydarzenia wraz z jego zdjęciami jest też dostępna pod adresem:

http://www.pan.samochodzi...php?p=3630#3630

Artykuł TomaszaK na temat "Niesamowitego Dworu", inspirowany po części naszą tam wizytą, można znaleźć pod adresem:

http://www.pan.samochodzi...php?p=5447#5447

Gdy już wszyscy nasyciliśmy naszą ciekawość poznawczą Gostkowem, dosiedliśmy naszych żelaznych rumaków i pognaliśmy do głównego celu naszego zlotu - kolegiaty w Tumie. Droga była dość krótka. Po kilkunastu minutach jazdy w dali na horyzoncie zamajaczyły nam kontury samotnego gmachu świątyni. Nie można jej z niczym pomylić, jej sylwetka absolutnie dominuje nad całą okolicą.
Wokół pustka i równina, bagniste łąki. I ona, dumna, masywna kamienna budowla, wystrzelająca na kilkadziesiąt metrów w górę. Poczułem niesamowitą radość, że wreszcie, pierwszy raz w życiu będę miał okazję zobaczyć ją na własne oczy. Wizyta ta miała dla mnie specjalne znaczenie, ponieważ "Uroczysko" należy do moich ulubionych książek z serii o Panu Samochodziku, obok "Skarbu Atanaryka" i "Wyspy Złoczyńców". Nareszcie! Oto dojechaliśmy na parking przed kolegiatą, wysiadamy i zadzieramy głowy do góry, aby dostrzec szczyty wież. Dobry kwadrans plątamy się wokół budynku, podziwiając piękną bryłę z mnogością detali i komentując błędy, które popełniono w trakcie jej rekonstrukcji (tutaj TomaszK miał parę uwag).
Po kolegiacie przyszedł czas na dalszy ciąg mojej sentymentalnej podróży do czasów "Uroczyska" - skierowaliśmy swoje kroki na pobliskie grodzisko. Doszliśmy tam migiem. Powitała nas wielka czerwona tablica z napisem "Wstęp Wzbroniony". Zrobiliśmy sobie z nią zdjęcie i pomaszerowaliśmy dalej, na obwałowanie. Wykopaliska odbyły się kilka lat temu, obecnie cały kompleks grodziska porastają gęste krzaki a w środkowej części zalegają sterty kamieni wydobytych podczas prac archeologicznych. Trzeba się mocno przedzierać przez zielsko, żeby dotrzeć na górę. Widok kolegiaty z wałów rekompensuje jednak te trudy. Jest on absolutnie niezapomniany dla kogoś, kto czytał "Uroczysko" i był w stanie poczuć jego atmosferę. To tak, jakby przenieść się w czasie i być tam, razem z archeologami i Tomaszem, w skwarze słońca i wśród bezkresnych bagien. Przez długi czas nie mogłem oderwać wzroku od kolegiaty. Wiedząc jednak, że w trakcie zlotu jeszcze tu wrócimy, nie przeciągaliśmy naszej wizyty. Przedzierając się przez krzaki do wyjścia z grodziska johny i Tomasz wypatrzyli drzewo z zielonymi jabłkami (niestety nie znam się na jabłkach na tyle, żeby zidentyfikować gatunek). Oczywiście zaczęli te jabłka pałaszować. To przypomniało mi, że sam byłem głodny i schrupałem kilka swoich podróżnych ciasteczek.



TomaszK i johny wcinają jabłka pod Uroczyskiem.
_________________

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało :-)
 
 
misia
Zlotowicz



Dołączył: 10 Lip 2013
Posty: 1226
Skąd: miasto Łódź
Wysłany: 2018-06-28, 20:05   

2. misia


Filmoteka Narodowa


Nasze pierwsze i wspólne na tym zlocie spotkanie wyznaczyliśmy pod Filmoteką Narodową w mieście Łodzi. I tam właśnie około godziny 14. zaczęli się wszyscy zjeżdżać włącznie z radiowozem TVP 3 Łódź, który był dla wszystkich niespodzianką załatwioną przez Milady.










Milady, zbychowiec i Annie udzielają wywiadu telewizji TVP 3.



W trakcie gdy Milady udziela wywiadu, TomaszK zabiera okulary zbychowcowi i ukrywa się przed kamerą dbając o to, żeby zawsze znajdować się za plecami kamerzysty. Podobną awersję ma większośc forumowiczów. Kamera telewizyjna dziwnie działa na ludzi.




Forowicze pod Filmoteką: Annie wraz z ochroną (don Tomasso
i porucznik Misia). Spontan i odlot powinien być jak ustalono,
ale ktoś tego bajzlu musi pilnować.


Siedziba Łódzkiego Oddziału Filmoteki Narodowej to miejsce magiczne dla każdego, kto je pierwszy raz odwiedza. W tej chwili jest po gruntownym remoncie i wymianie elewacji. Ale to nie to zapiera dech w "pierwsiach". W środku są zgromadzone i zarchiwizowane przebogate zbiory materiałów filmowych do polskich filmów wyprodukowanych w latach 1945-1989. Na metalowych regałach w klimatyzowanych pomieszczeniach znajduje się ponad 90 tysięcy pudeł z negatywami obrazu i tonu, kopiami wzorcowymi, dźwiękowymi taśmami magnetycznymi z muzyką, dialogami i efektami, materiałami wyjściowymi i bezpieczeństwa do ponad 3,5 tys. tytułów polskich filmów fabularnych, krótkometrażowych i seriali, czyli zdecydowanej większości powojennego dorobku polskiej kinematografii. Wśród nich są oczywiście: Krzyżacy, Popiół i diament, Faraon, Potop, Miś ;) oraz seriale: Czterej pancerni i pies, Stawka większa niż życie i wiele innych sztandarowych i znaczących dokonań polskiego kina - dzieł takich twórców jak Andrzej Wajda, Jerzy Kawalerowicz, Wojciech Has czy Krzysztof Kieślowski. Ale nas interesowały głównie te półki, gdzie znajdowały się materiały dotyczące ekranizacji książek Nienackiego: Samochodzik i Templariusze (1971) oraz Wyspa Złoczyńców (1965). Pozostałych trzech ekranizacji z lat 80-tych nie darzymy zbyt wielkim szacunkiem, bo zostały troszeczkę zmarnowane, zapewne z powodu niskich nakładów budżetowych, na co nikt z nas nie miał wpływu (a szkoda), nie mniej i te półki odwiedziliśmy wraz z naszą przemiłą przewodniczką Elą.
Łódzkiej Filmotece Narodowej oraz jej szefowi Tadeuszowi Wijacie bardzo dziękujemy za to, że umożliwiono nam zobaczenie tego wspaniałego archiwum w ramach naszego programu zlotowego.



























Przepastne regały Filmoteki Polskiej mają też to
co "króliczki lubią najbardziej".



W korytarzach Filmoteki Narodowej.


Yvonne i jakiś polski aktor.












Pani Montażystka demonstruje nam rolki z oryginałami
naszych ulubionych filmów z młodości i opowiada,
jak to wtedy bywało.
_________________

"Praw­da leży pośrod­ku - może dla­tego wszys­tkim za­wadza" - Arystoteles
 
 
TomaszK
Forowy Badacz Naukowy



Wiek: 56
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 5119
Wysłany: 2018-06-28, 20:06   

3. TomaszK


Muzeum Archeologiczne


Kolejnym punktem zlotu była wizyta w Muzeum Archeologicznym i Etnograficznym w Łodzi. Zbigniew Nienacki w początkach swej kariery pisarskiej, był silnie związany z łódzkim środowiskiem archeologicznym, wprowadzając do swoich książek zarówno postacie archeologów jak i ich znaleziska. Jeden z dawnych dyrektorów muzeum – Andrzej Nadolski, był pierwowzorem Nemsty, jego zastępca Lidia Gabałówna jest kandydatką do postaci Babiego Lata, a opiekun zbioru numizmatycznego Anatol Gupieniec, to prawdopodobnie pierwowzór Batury.




Przy Pałacu Poznańskiego koło Manu(faktury).

Nasze gromadne przybycie do muzeum zaczęło się od szukania pani sprzedającej bilety, a w ogóle cały personel sprawiał wrażenie zaskoczonego tak dużym zainteresowaniem ich zbiorami. Personel trzeba przyznać dobrze przygotowany, bo jak już wyszli z pierwszego szoku, szczegółowo odpowiadali na nasze pytania o zabytki (teraz się mówi "artefakty") wymienione w "Uroczysku". Przede wszystkim pokazano nam żelazny trójząb wykopany jeszcze przed wojną w miejscowości Sobótka i zapewne pokazany kiedyś Nienackiemu, który umieścił go w grobie odkopanym w kurhanie. W muzeum jest nawet zrekonstruowany cały grób z okresu lateńskiego ze spalonymi "kosteczkami" w siwej popielicy. To te kosteczki babka Romoska z Opornej, rozpoznała jako szczątki Kuwasy, zabitego przez Stacha z Poświerka. Ale na naszą prośbę o pokazanie miecza z brązu, okazało się, że są takie, tyle że z zupełnie innej epoki. Musiał nasz autor coś pomylić. Za to mieczy żelaznych było nawet kilka, podobnie jak ozdób wymienionych w opisie grobu, chociaż nie było naczynia z uchwytami w kształcie główki zaglądającej do wnętrza. Może wylądowało w innym muzeum? Natomiast wspaniały okazał się zbiór numizmatyczny, sprawdziliśmy że był i denar Mieszka i brakteat Jaksy i denar "Gnezdun Civitas", wymienione w "Zagadkach Fromborka".
Nie było niestety dukata Łokietka, ale jak to już Nienacki wyjaśnił w książce, istnieje tylko jeden egzemplarz przechowywany w muzeum Czapskiego w Krakowie (widziałem go, zrobiono osobną gablotę tylko dla tej monety!). Wizytę w muzeum zakończyliśmy w dziale etnograficznym, gdzie sfotografowaliśmy całą grupę "Chrystusów frasobliwych", żywcem przeniesionych z rozstajów w Opornej.





Kupujemy bilety do Muzeum Archeologiczno-Etnograficznego.




W Muzeum Archeologicznym: Pracownik muzeum prostuje
pomyłki Zbigniewa Nienackiego w "Uroczysku" podczas
żarliwej debaty z TomaszemK.





















































W Muzeum Archeologicznym.
_________________
 
 
Czesio1
Administrator
Ojciec Prowadzący



Wiek: 42
Dołączył: 07 Lip 2013
Posty: 10527
Wysłany: 2018-06-28, 20:07   

4. zbychowiec


Wizyta w Manufakturze i wieczorne spotkanie w Borucie


Odwiedziny w muzeum mocno nas wymęczyły a głód dał znać o sobie. Zaczęliśmy się rozglądać za pożywieniem. Kolejnym punktem naszego zlotu były odwiedziny w Manufakturze, co stanowiło znakomitą okazję, by znaleźć jakąś miłą knajpkę. Manufaktura to piękny przykład dobrej architektury miejskiej. Niewiele miast na świecie może się pochwalić tak udanymi adaptacjami dawnych obiektów industrialnych na potrzeby przestrzeni publicznej centrum miasta. Pięknie odnowione budynki z odkrytą czerwoną cegłówką, wiekowa ciuchcia z paroma wagonikami w centrum placu, gdzieś obok karuzela dla dzieciaków - możnaby powiedzieć, że dziwna mieszanka - ale tam to wszystko jakoś się ładnie komponuje, wszystko pasuje do siebie i nie przytłacza nadmiernym nagromadzeniem szczegółów krajobrazu. Dziwne to miejsce i muszę powiedzieć, że urzekło mnie, starego obieżyświata...


Przed zegarem i dawnym ratuszem na Placu Wolności.




Manufaktura.












Przechadzka po Łodzi.

Moje rozmarzenie przerwały bulgocząco-klekoczące dźwięki dochodzące z czeluści żołądka. To niechybny znak, że pasek statusu naładowania baterii biologicznej mam na mniej niż 15% i trzeba coś szybko z tym zrobić. Spojrzałem na Kapitana Nemo. Jego wzrok mówił: "Żarty się skończyły. Nadszedł czas walki o przetrwanie". Piękno i estetyka sobie, ale jednak niższe warstwy piramidy Maslowa (żołądek) muszą wziąć górę nad radowaniem oczu.
Szybko znaleźliśmy bardzo zachęcającą restaurację stylizowaną na marynarską. Na szczęście owoce morza nie były jedyną jej specjalnością, w menu znalazło się sporo jedzenia dla normalnych ludzi. Większość z nas skusiła się na pizzę. Z szybkośći, z jaką pizza ta znikła z talerzy wnoszę, że była ona dobra. Ja postanowiłem dać upust swojej fantazji kulinarnej: zamówiłem carbonarę. Była bardzo dobra, skutecznie zapychająca, obfita w boczek. Po posiłku pasek statusu wskazywał ponad 90%. Trzeba było to jakoś strawić, zatem udaliśmy się na zasłużony odpoczynek do ośrodka "Boruta".



Nasza ekipa po zebraniu się w "Borucie".





[size=16][b]Johny mistrzowsko uchwycił łazienkę w "Borucie". Warunki były doskonale dopasowane do atmosfery zlotu, czuliśmy się jak w książce o Panu Samochodziku. Obawy o to, że może nie być ciepłej wody (noce były już bardzo zimne), okazały się zupełnie nieuzasadnione. Na tym polu obsługa spisała się na medal. Pod naszym prysznicem leciała tylko wrząca woda, zimnej nie było. To zapewne miało nam pomóc wyobrazić sobie, jak jest w piekle (i żeby głupie pomysły nie przychodziły nam do głowy).

Zdobyłem pozwolenie na użycie grilla, ruszt i 3 zapałki. Z tymi zdobyczami udałem się pod wieczór na miejsce naszego spotkania integracyjnego. Tryumfalnie pokazałem biesiadnikom moje artefakty, nie wywołało to jednak zamierzonej reakcji. Ludzie byli jeszcze zbyt najedzeni po Manufakturze. Odłożyłem więc trofea i zasiadłem z resztą do biesiady. Wkrótce na stole pojawiły się trunki zmiękczające rzeczywistość, kiełbasa grillowa i paluszki. Zaczęła się wzmożona konsumpcja połączona z bezlitosnym plotkarstwem na wszelkie możliwe tematy. Moje trzy zapałki zostały zużyte na odpalanie papierosów a kiełbasy zjedzono na surowo. Rozpalanie grilla okazało się tym samym zbyteczne. Tak oto jeszcze raz wspaniała atmosfera zlotu i wartości duchowe zatryumfowały nad względami praktycznymi.
Pamięć moja nie jest już taka, jak za młodych lat. Nie jestem w stanie sobie dokładnie przypomnieć, co działo się tamtego wieczoru :)
_________________

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało :-)
 
 
PawelK
Moderator



Dołączył: 27 Lip 2013
Posty: 3972
Wysłany: 2018-06-28, 20:07   

Dzień II – sobota 7 września 2013 r.


5. PawelK


Góra Św. Małgorzaty


Do Góry Świętej Małgorzaty przyjechaliśmy w sobotę na 10 rano. Niestety okazało się, że głównej ekipy jeszcze nie ma. W oczekiwaniu na resztę "wycieczki" chcieliśmy napić się kawy ale w barze był tylko właściciel, a ekspres do kawy potrafi obsługiwać wyłącznie jego żona, więc musieliśmy obejść się smakiem.
Dzięki pomocy Czesia w miarę szybko udało nam się spotkać z johnym. Czekając dalej na wycieczkę przeszliśmy się po lokalnym cmentarzyku wyszukując co ciekawsze nagrobki. Niestety widać było, że zarządca cmentarzyka efektywnie wykorzystuje teren bardzo szybko pozbywając się, prawdopodobnie nieopłaconych, grobów.
Już o 11 zjawiła się główna grupa. Głównym celem wycieczki na wzgórze, na którym stoi kościół była chęć zobaczenia... czy z góry widać kolegiatę w Tumie. W związku z tym większość eksploratorów powłaziła w pokrzywy i krzaki otaczające ogrodzenie kościoła. Mimo tego, że Zbychowiec wspomagał się dżipiesem udało się nam odkryć wyłącznie wychodek obok muru.
TomaszK zastanawiał się w jaki sposób wzgórze (góra?) powstało w tak nizinnym terenie i dzięki temu usłyszeliśmy dwie historie stworzone na miejscu przez Adriana, obie równie fantastyczne albo nawet fantastyczno-naukowe. Oficjalna historia nie odbiega od tych prezentowanych przez Adriana - według tej historii Święta Małgorzata wędrując przez świat nie spotykała się z gościnnością, akurat w tej wsi ludzie okazali się bardzo gościnni i przyjęli ją do swoich domów. Z chęci odwdzięczenia się mieszkańcom Święta Małgorzata zebrała z pól kamienie, z których usypała górę (nie wiem dlaczego usypanie góry jest oznaką wdzięczności, ale może przynajmniej zebranie tych kamieni było czymś co pomogło ubogimi chłopom. Na górze tej wybudowano kościół, a górę nazwano jej imieniem.
Po półgodzinnej eksploracji wzgórza, zeszliśmy spacerkiem na parking i udaliśmy się w kierunku Tumu.



Na Górze Św. Małgorzaty. Przedzierając się przez haszcze
szukamy miejsca, z którego byłoby widać Kolegiatę,
oddaloną o kilka kilometrów. GPS prowadzi nas jednak
do... wychodka.



Taką oto konstrukcję napotykamy tuż obok kompleksu świątynnego.
_________________
Schwytany samuraj przestaje być samurajem.
 
 
johny
Moderator



Wiek: 44
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 7814
Skąd: Łódź
Wysłany: 2018-06-28, 20:08   

6. johny


Tum, zwiedzanie Kolegiaty


Po zejściu z Góry św. Małgorzaty kawalkadą aut udaliśmy się z powrotem do Tumu aby zobaczyć to co było esencją naszego zlotu czyli kolegiatę.
Cóż można rzec o tej budowli. Jest po prostu piękna. Jej majestat dominuje nad wszystkim wokół. Czym prędzej zatem weszliśmy do środka aby zwiedzić ją od wewnątrz. Z zachwytem spoglądaliśmy na surowe wnętrze i sprawdzaliśmy czy opis Mistrza Nienackiego z Uroczyska pokrywa się z tym co jest w rzeczywistości. Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie zajrzeli w najtajniejsze zakątki świątyni. To zadanie ułatwił na podział na podgrupy. Dwuosobowa podgrupa w osobach Yvonne i johny'ego zauważyła na posadzce kościoła ciężkie drzwiczki. Nie zastanawiając się długo, drzwiczki zostały podniesione a oczom tychże ukazały się podziemia. Oczywiście jakże by inaczej w ocenie zlotowiczów podziemia były jak najbardziej tajemnicze. Cóż było robić, trzeba było zajrzeć do środka. W czasie gdy johny i Yvonne penetrowali piwnicę kolegiaty pozostała reszta z sukcesem odwracała uwagę pani przewodniczki, która nie mogła dostrzec tych jakże haniebnych czynów. Parę fotek u wejścia do lochów i można było z najwyższą delikatnością położyć żeliwne drzwi z powrotem na posadzce. Jeden nierozważny ruch i zwiedzanie kolegiaty mogłoby się zakończyć.





Dobrze, że ksiądz tego nie widział...

A przecież zostały jeszcze nam empory. Co prawda po rozmowie telefonicznej z księdzem proboszczem wydawało się nam, że nie będzie nam dane wejść na górę ale jeszcze raz podjęliśmy próbę negocjacji i do tej karkołomnej Mission Impossible wytypowane zostały Milady i panna Monika, które swoim urokiem osobistym miały przekonać proboszcza do zmiany swej decyzji i udostępnienia nam empor. I cud zdarzył się! Nie wiem w jaki sposób ale naszym paniom udało się coś zdawałoby się niemożliwego!
Ksiądz proboszcz przyszedł do nas, wyciągnął z najbliższego konfesjonału klucze (na Zeusa, gdybyśmy znali tę skrytkę wcześniej) i otworzył nam drzwiczki prowadzące na górną kondygnację kolegiaty. Przy okazji z ust księdza padło jedno krótkie acz wydane stanowczym głosem zarządzenie:
"Macie 5 minut i tylko 5 minut!"
Pędem, wąskimi, stromymi, krętymi schodami udaliśmy się na górę. Z tej perspektywy kościół wygląda chyba jeszcze dostojniej. Nasi nadworni fotograficy mieli swoje chwile prawdy i musieli w bardzo krótkim czasie w jak najpiękniejszy sposób uchwycić piękno obiektu Chcąc nie chcąc 5 minut przedłużyło się chyba do co najmniej 10. Mając na uwadze prośbę proboszcza z bólem serca musieliśmy zejść na dół. W krótkich słowach podziękowaliśmy naszemu gospodarzowi – życząc mu zdrowia – tego dnia cierpiał na silną migrenę i powoli zaczęliśmy wychodzić na zewnątrz.
Wolnym krokiem obeszliśmy dookoła całą budowlę, co chwilkę zerkając ku górze i robiąc przy okazji kolejne fotki oraz kolejną serię zdjęć grupowych. Dla tych, którzy tego nie wiedzieli zorganizowany został krótki konkurs w postaci zagadki polegającej na wskazaniu w których miejscach na ścianach kolegiaty znajdują się ślady pazurów diabła Boruty/Kuwasy.































We wnętrzu tumskiej Kolegiaty.












Kolegiata.




Nasza gromadka pod Kolegiatą.






A to chyba pierwowzór chaty Justa.
Pierwszy dom idąc od Kolegiaty.



Kościółek obok Kolegiaty.

Kolejnym punktem naszej wycieczki było grodzisko...
_________________
... To live is to die... - Cliff Burton
volenti non fit iniuria!
When you walk through a storm, Hold your head up high, And don`t be afraid of the dark. At the end of a storm, There`s a golden sky...
XIII VII III I V XVIII XIV 1

 
 
panna Monika
Zlotowicz



Dołączył: 04 Sie 2013
Posty: 485
Skąd: Łódź
Wysłany: 2018-06-28, 20:08   

7. panna Monika


Wycieczka na Uroczysko


Na Uroczysko, gdzie archeologowie przez wiele lat rozkopywali prastary prasłowiański kurhan, zabraliśmy się wszyscy w słoneczne, upalne popołudnie.
Po drodze, przechodząc koło niewielkiego domku położonego w pobliżu kolegiaty (a był to jedyny dom w jej bezpośrednim sądziedztwie) nabraliśmy podejrzeń, iż jest to dom kościelnego Justa, a czujne oko TomaszaK, któremu nieobce są tajniki produkcji napojów winnych, dopatrzyło się w przydomowym ogródku krzaków porzeczek, co znakomicie potwierdziło nasze podejrzenia.
Przecinając rozległą łąkę w kierunku pozostałości grodziska wspominaliśmy słowa powieści:
Uroczysko – mała owalna wysepka pośród moczarów – wygląda jak odwrócony do góry dnem spodek, na którym znajduje się kopiec porośnięty kwitnącym żółto "miodownikiem".
Miodownika, szczególnie żółtego nie udało nam się zidentyfikować, za to już po chwili stanęliśmy przed czerwoną tabliczką z napisem: "Muzeum Archeologiczno-Etnograficzne. Osobom niezatrudnionym i nieupoważnionym na teren grodziska wstęp zabroniony!!!" Ponieważ czuliśmy się jak najbardziej upoważnieni, już po chwili stromą ścieżką wspięliśmy się na szczyt grodziska.















W drodze na Uroczysko. Za nami Kolegiata.


Z racji tego, że zajmujemy się dogłębnie tematyką
"Uroczyska" jest jasne, że jesteśmy upoważnieni
do wstępu na nie.


Samo grodzisko, jak się okazało, nie przypomina spodka ani kopca – stanowi ono wielką, owalną pozostałość po murach otaczających gród.
Następnie, dzięki dobremu logistycznemu przygotowaniu koleżanek i kolegów, którzy nie dość, że dysponowali egzemplarzem powieści, będącej przyczyną naszej w tym miejscu obecności, jak również dokonali wcześniej wyboru stosownych fragmentów, mogliśmy wszyscy usłyszeć unoszący się w rozgrzanym powietrzu dźwięczny głos Milady: "W słoneczne dni Uroczysko bez skrawka cienia smaży się na moczarach jak na rozgrzanej patelni..."
I to akurat zdanie zweryfikowaliśmy empirycznie, bowiem nawet przy wrześniowej pogodzie na szczycie grodziska było wyjątkowo ciepło, a my, rozleniwieni słońcem, dyskutowaliśmy o trudnym życiu archeologów na wykopalisku w zamierzchłych leciech, życiu pozbawionym elementarnych wygód, ubogim w żywność i wszelkie rozrywki.
TomaszK opowiedział nam o swoim spotkaniu z prof. Poklewskim i podzielił się z nami swoim podejrzeniem, iż być może, profesor był pierwowzorem nie tyle Nietajenki, co Dryblasa. Przypomniał nam przy tym, iż, jak ustalił, Nienacki spędził na wykopaliskach zaledwie jeden dzień - jeden dzień wystarczył dla stworzenia powieści rozpalającej wyobraźnię czytelników od kilkudziesięciu lat.







Przed Uroczyskiem.






Na Uroczysku.






Widok z wałów grodziska na okolicę.




Widok na wnętrze grodziska. W dali widać sterty
kamieni wydobytych podczas wykopalisk.







Przy zwiedzaniu Uroczyska nie można, rzecz jasna,
pominąć konsumpcji rosnących tam zielonych jabłek.



Powrót z Uroczyska. Przyjdzie nam jeszcze wrócić
tutaj w trakcie naszego zlotu.
_________________
 
 
PawelK
Moderator



Dołączył: 27 Lip 2013
Posty: 3972
Wysłany: 2018-06-28, 20:09   

8. PawelK


Skansen w Tumie


Skansen "Łęczycka zagroda chłopska" w Tumie został otwarty w lipcu tego roku. Johny jadąc do Góry Świętej Małgorzaty rano zajrzał do skansenu i dzięki niemu wiedzieliśmy, że będziemy tam miło przyjęci. Skansen był następnym etapem, po kolegiacie i wykopaliskach na uroczysku.
Skansen z zewnątrz wygląda skromnie (ma być rozbudowany) ale szczerze powiem, że zrobił chyba na nas wszystkich (oprócz Kapitana, którego już wtedy ssało w żołądku) spore wrażenie. Budynki mieszkalne zbudowane tradycyjną metodą, pełne oryginalnych eksponatów, włącznie z gazetą z "tamtych" czasów i "urządzeniem" do ściągania butów, działająca olejarnia, w której zobaczyliśmy różnicę pomiędzy olejem i olejem "z biedronki", kuźnia, w której można umówić się z kowalem, który na życzenie zarówno podkuje konia jak i wykona dzieła sztuki kowalskiej, młyn koźlak, który (co jest całkiem logiczne) jest obracany w zależności od kierunku wiatru (o czym nie wiedzieliśmy) oraz pozostałe budynki gospodarcze - stodoła, stajnia, zagroda dla bydełka. Wszystko to zobaczyliśmy i co równie ważne o tych miejscach i metodach funkcjonowania się dowiedzieliśmy, dzięki naszemu ekstra przewodnikowi, który, widać na pierwszy rzut oka, jest nie tylko pracownikiem skansenu ale również pasjonatem - zarówno opowiadanie jak i praca przy produkcji oleju jak i mieleniu zboża, wyraźnie sprawiają mu przyjemność.





































Skansen.















W trzewiach skansenowego młynu-wiatraka. Jest to jeden z niewielu na świecie działających wiatraków tego typu, zbudowany jako wierna kopia kiedyś istniejącej konstrukcji, przy użyciu technik i narzędzi wtedy dostępnych. Parę razy do roku, gdy wiatr jest dobry, opiekun skansenu uruchamia wiatrak i mieli się w nim zboże na mąkę. Ponoć jest to niezapomniane wrażenie. Chcielibyśmy to sprawdzić a johny zgłosił się na ochotnika do asystowania przy najbliższym mieleniu.
_________________
Schwytany samuraj przestaje być samurajem.
 
 
Captain Nemo
Zlotowicz
z jedzeniem na TY...



Wiek: 39
Dołączył: 14 Sie 2013
Posty: 189
Wysłany: 2018-06-28, 20:09   

9. Captain Nemo


Restauracja "Wylęgarnia Smaków"


Otóż dnia pańskiego 7 września kolektyw udał się zwiedzić między innymi Kolegiatę w Tumie, zwaną potocznie przez rdzenny lud "zameczkiem" :) Kolegiatę zwiedzaliśmy dość długo. Straciłem poczucie czasu więc nie wiem dokładnie ile, jednak czas ten mimo, iż miły dla mojego żołądka byl nieskończenie długi. Wspomnę na swoją obronę, iż nie jadłem co najmniej od 2 godzin, a śniadanie tegoż dnia było niezmiernie lekkie: pęto kiełbasy, 4 skromne bułki, 7 cukierków, 2 morele (gdyż jedną podarowałem przeuroczej organizatorce) baton, obwarzanek od Don Tomassa i coś co leżało na szafce w pokoju – kształt nieregularny w smaku lekko kwaśne. Po tak skromnym sniadaniu logicznym był fakt, iż tak mała porcja energii nie wystarczy na długo. Dlatego też, delikatnie zasugerowałem posiłek regeneracyjny.
Niestety owym szczęściem nie mogłem napawać się od razu, albowiem w sąsiedztwie kolegiaty znajdował się skansen wiejski, który oczywiście zwiedziliśmy. W tym przypadku słowo "zwiedziliśmy" będzie wielkim nadużyciem gdyż wycieńczony niemiłosiernie ponad dwugodzinnym brakiem dostaw surowca w okolice mojej jamy ustnej – opadłem z sił i przycupnąłem na ławeczce tuż przed skansenem. Na domiar złego ów przybytek zwany wylęgarnią smaków znajdował się ponad 500 metrów od skansenu. Dlatego też przysiadłem na ławeczce. Ach...cóz to był za odpoczynek !!! Promienie słoneczka delikatnie pieściły moją zszarganą twardą ośrodkową (Ośrodek Boruta) wodą twarz, z telefonu sączył się audiobook "Pan Samochodzik i Templariusze, a w głowie na przemian zmieniały się jakże miłe memu sercu obrazy...pizza z salami, serem, pieczarkami i papryką, co jakiś czas przeleciał pięknie wysmazony stek z cebulką, golonka ociekała tak pięknie iz nawet to poczułem, jak sie okazało była to tylko ślina :D Oczekiwanie umiliła i skróciła mi Panna Monika, która najprawdopodobniej wywabiona zapachami z moich widziadeł przysiadła się do mnie.
Po dłuższej chwili wyłoniła się cała grupa i spokojnie poszliśmy zrealizować dość wązny punkt programu – POSIŁEK !
Przydrożna karczmo – oberża znajdowała się tuż przy drodze, jednak ilość chętnych do skorzystania z jej usług mógłbym porównać do ilości palców u drwala i to tuż po wypadku z piłą łańcuchową. Co tu dużo pisać byliśmy jedynymi klientami. Kolektyw nasz był na tyle liczny, iż gospoda nie była w stanie przyjąć tak dużej ilości gości w taki sposób abyśmy wszyscy razem siedzieli przy jednym stole. Zrobiliśmy zatem malutką rewolucję a'la Magda Gessler i złączyliśmy cztery stoliki w jeden rząd. Zasiadliśmy niemal jak na obradach plenum. Uradowana kelnerka notabene bardzo miła, na widok takiej ilości ludzi i prawdopodobnie tygodniowego utargu przywitała nas mile po czym wyciągnełą swój podręczny notesik celem zanotowania naszych życzeń. Dodam, iż menu było jak nasi posłowie – mało skomplikowane i mało widoczne. Otóż dania serwowane tego dnia wypisane były kredą na deskach i nie ukrywam trzeba było wytężyć wzrok aby dostrzec jakie skarby kryje ów przybytek.
W tym miejscu drodzy czytelnicy mała dygresja. Otóż będąc w lokalach i widząc zawartość menu mamy dwa wyjścia. Pierwsze tzw. "na pewniaka" czyli zamówienie posiłku, którego nazwę i smak znamy i w 90 % jesteśmy pewni że otrzymamy mniej więcej potrawę którą zdołamy zjeść. Owe 10% niepewności to inwencja kucharza.
Sposób drugi to spróbowanie czegoś, czego nazwa budzi zainteresowanie, intryguje, rodzi domysły, ale nie koniecznie budziła będzie apetyt juz po przyniesieniu przez kelnera. Na marginesie dodam, iż w kwestii spozywania posiłków poza domem wyznaję zasadę "mniej więcej wiem co jem" i źle na tym nie wychodzę. Dlatego też po przeczytaiu menu w mojej głowie zrodził sie plan – żurek w chlebie + pierogi + coś do jedzenia jeśli nie wystarczy. Bezpiecznie i bez fajerwerków.
Żołądek zaburczał dając znać, iż całkowicie zgadza się z przedmówcą (mózgiem).
Niestety wsłuchawszy się w naszą watahę, zauważyłem iż znalazły sie w niej jednostki aspołeczne, które nie podążąły za jedynie słuszną linią partii, i postanowiły spróbować coś o tajemniczej nazwie, oraz równie tajemniczym smaku. Postanowiłem, iż kulinarnie zaszaleję i również spróbuję miejscowego hitu (przynajmniej cenowego, bo była to najdroższa potrawa). Ach...cóz to był za bład – ale o tym za chwilę...
Kiedy nasz jadłopodawacz oddalił się do gotowalni, aby tam jadłosprawiacz piorunem obiadyniec nagrzmocił, obywatel Johny stwierdził słusznie, iż warto zaczerpnąć nieco z ludowej tradycji, odwołać się do tutejszych legend (Kuwasa) i owe nazwy potraw zmodyfiować. Wtedy właśnie wpadł mi do głowy koncept, iz skoro zamówię jedzenie obarczone ryzykiem dobrego smaku (przysłowiowy kwas), a obywatel Johny zaproponował Kuwasę – to potrawa winna się nazywać KWASY KUWASY!
Moje kłopoty dopiero nadchodziły, otóż nie dość że byłem najbardziej wygłodniały z całego stada, nie dość że dośc szybko złożyłem zamówienie to... nie otrzymywałem swojego posiłku. Wszyscy wkoło dostawali swoje wymarzone potrawy, a mnie jednemu nie przynoszono nic prócz szklanki trunku... Kuwasa !!! to jego sprawka !!!
Doszło do tego, iż wszyscy zdążyli zjeść a mojego żarła jadłosprawiacz nie nagrzmocił w ogóle !! Jadłopodawca rzekł bowiem, iż skończyły się owe kartoflane kulki z nazwy podobne zupełnie do niczego, jak sie okazało potem w smaku również. Ach gdyby był wtedy z nami obywatel Kuryłło "postrach gastronomii" pewnie sprawa potoczyłaby się zupełnie inaczej...



Nasza kompania podczas biesiady (a właściwie
w trakcie oczekiwania na jej przyrządzenie).
_________________
 
 
Mirmił
Zlotowicz
Ogórkowianin



Dołączył: 10 Wrz 2013
Posty: 37
Wysłany: 2018-06-28, 20:10   

10. Mirmił


Łęczyca – zwiedzanie muzeum i wieży widokowej


Następnie zebraliśmy się do wyjazdu. Kierunek – Gród Łęczyca, a konkretnie zamek w Łęczycy. Może przybliżę trochę to ciekawe historyczne miasto w centralnej Polsce: Łęczyca założona została w IX wieku z fundacji Kazimierza Wielkiego, była przez długi czas ważnym ośrodkiem władzy w Polsce, to właśnie w Łęczycy zbierały się pierwsze polskie sejmy. W latach 1138–1148 gród był siedzibą księżnej Salomei.


Spacer po Łęczycy.




Przed zamkiem w Łęczycy.

Zwartym konwojem wyruszyliśmy w stronę Łęczyckiego Grodu. Po dotarciu na miejsce forumowicze rozpoczęli oblężenie Zamku Królewskiego w Łęczycy. Wtedy to dotarły posiłki w postaci Misi. Po wpłaceniu "łapówki" strażniczki Zamku wpuściły "najeźdźców" w skromne progi budowli. Zamek, obecnie pełniący funkcję muzeum, zbudowany został najprawdopodobniej w latach 1357-1365. Od tego czasu Zamek był świadkiem historii naszego kraju, od czasów panowania króla Kazimierza Wielkiego, poprzez zwycięstwo na polach Grunwaldzkich, Potopu Szwedzkiego, zaborów, odzyskania niepodległości, II wojny światowej, okresu PRL na dniach dzisiejszych kończąc. Od 1964 na mocno zdewastowanym budynku (Zamek przez długi okres czasu pełnił funkcję dawcy cegieł) trwają prace konserwatorskie. 21 lipca 1976 swoje podwoje otwiera Muzeum na Zamku w Łęczycy.






















Na zamku w Łęczycy. Zwiedzanie muzeum.

Muzeum w swoich zbiorach skupia się głównie na historii Łęczycy i okolic, głównie Tumu.
Oczywiście nie mogło zabraknąć Sali poświęconej Najsłynniejszemu diabłu w Polsce – Rokicie, ekhm! Borucie!

















Wystawa poświęcona diabłu Borucie. Prosimy młodzież
poniżej 18 lat o nie oglądanie pierwszego zdjęcia.


Ostatnim przystankiem na trasie zwiedzania muzeum jest wieża widokowa. Oczywiście takiej okazji nie mogły przegapić dwie osoby z naszego szacownego grona, Mianowice Milady i Konfiturek. Milady rzecz jasna od razu rozpoczęła wspinaczkę na daszek wieży zamkowej ku memu przerażeniu, a Konfiturek nie mogąc utracić takiej ekspozycji, gry światła i czego to on tam jeszcze potrzebuje do zrobienia zdjęcia zajął się fotografowaniem "Biedronki" znajdującej się pod murami zamku.










Widoki z wieży zamku w Łęczycy. Te małe kropki
na pierwszym zdjęciu to forumowicze czekający
na nas na dziedzińcu zamku. Milady wspina się
na wieżyczkę.


Po opuszczeniu gościnnych wnętrz Zamku udaliśmy się na Łęczycki rynek w celu nabycia drogą kupna lodów, które to następnie zostały przez nas spożyte ze smakiem. Nadszedł czas by się rozdzielić... Pożegnaliśmy Annę oraz Pawła, reszta grupy udała się na z góry upatrzone pozycje w celu nabycia sił przed wieczornym spotkaniem.
_________________

...zasadź na moim grobie orchidee...
 
 
Captain Nemo
Zlotowicz
z jedzeniem na TY...



Wiek: 39
Dołączył: 14 Sie 2013
Posty: 189
Wysłany: 2018-06-28, 20:10   

Dzień II – sobota 7 września 2013 r. - ciąg dalszy.


11. Captain Nemo


Kolegiata w Tumie oraz Uroczysko w ciepłych promieniach zachodzącego słońca


Uprasza się z góry szanownych waćpanów i waćpanny aby poprawiły starego poczciwego Nemo gdy coś w datach, miejscach lub czasie poprzestawia. Wiek już nie ten, wrażeń nadmiar, a i chmiel ostatnimi czasy większą nieco moc posiada...
Historyja owa miejsce miała roku pańskiego 2013-go, kiedy to w dzień upalny wrześniowy kolegiatę przeogromną nie tylko ujrzeć, ale i na elektronicznych obrazach utrwalić nam się zachciało.
Konnice uruchomiwszy na 3 bryczki chętnych zebrawszy pod kolegiatę tłumnie ruszylim. Mimo, iż prowodyrów ów zamieszania nie było (Johny, Milady, Adrian) , sami wdrapawszy się na Kuwasowy Sczyt przygotowania do utrwaleń poczynilim. A wiedzieć Wam trzeba iż owych utrwalaczy z maszynami piekielnymi trojga było. Waćpanna Misia ze swym przybocznym czerwonym szatanem (Canon), Konfitur z trzech osad wielkich - Trójmiastem zwanymi wraz ze swym zółtym smokiem, którego notabene nie w pore rozczytał, oraz i ja skromny utrwalacz również z maszynerią spod żółtawej stajni (Nikon).
Słońce ku zachodowi się chyliło kiedy w oddali ktoś w czerwonym zwisie męskim (dzisiejszy krawat) ku nam przybieżał. W naprędcę go na utrwalacz wziąwszy w porę odczytano, iż to nie męski zwis (krawat) a szlachcić Johny z wywalonym językiem ku nam bieży.
Następnie i zakochana para przybyła, uczuć i uścisków sobie nie szczędząc (Milady, Adrian). Piękny to widok był niech wspomne, długo jednak wpatrywać się nie moglim gdyz smak okrutny i nasze męskie serca ogarniał. W komplet się zebrawszy na Kuwasowej Górze utrwalacze nadworni mierzyć się z kolegiatą i zachodem poczęli.
Walka okrutna rozgorzała, kurz podniósł się ogromny gdyż utrwalacz Konfiturkiem zwany swój statyw przyboczny na rzecz Kuwasy strasznego utracił. Dnia poprzedniego ową grabierz Kuwasa poczynił toteż godne naszych oczu utrwalenie powstać nie mogło. Aby smutek i żal nasz ukoić wspolne utrwalenie ktoś zakomenderował. Chyżo pozycje przyjąwszy w bezruchu zamarliśmy na chwile nieco dłuższą niżeli zapowiedziano. Utrwalacz trójmiejski błyskającej poczwary ujarzmić nie zdołał. Żal serca przybyłych ściskał straszliwie, toteż rozpaczy ich nie chcąc ogromnej oglądać, z przybocznych pantalonów nowe żem cudo wyciagnął. Małe to było, wielce niepozorne, a mocą swą okrutną na 300 kroków paliło. Zebrały się w grupę zatem zwartą przyjacioły w tle kolegiatę wziąwszy i wyczekali kiedym bestii utrwalić ten obraz nakazał. Jam wtedy krzyknał "Zbysio waćpanie pochyl się nieco to i zameczek utrwalon będzie. Tak też uczynił szlachetny Zbysław z samego grodu Kraka przywiezion, dzięki czemu na kartach naszych obraz utrwalony możemy zgłębiać.
Nie koniec to atrakcji tegoż dnia było. Białogłowa zwana Milady (przecudnej urody) wziąwszy w swe dłonie księgę mistrza naszego, głosem swym w inne czasy nas znowu przeniosła. Tak piękne z ust Milady słowa padały niczym zaklęcia rzucane, iż nikt z przyjaciołów na krok sie nie oddalił. Obrazy naszym oczom zamknietym piękne się objawiły. Przyroda nas cudna z wszelakich stron otaczała, zapach jej niemal czuć się zdawało. Zdało sie nam wtedy, że i Kuwasa bacznie nam sie przypatruje tak to prawdziwe było tej chwili...



Milady czyta "Uroczysko" na Uroczysku


Kiedy zmrok zapadł już całkowity i czas przyszedł na nas, na koń ponownie ruszylim aby do grodu zjechać jeszcze tej nocy. Długo jeszcze tej nocy o przygodzie naszej rozprawialim gdyż przyjaciel nas serdeczny (Johny) swe święto tegoż dnia hucznie raczył obchodzić, toteż o śnie czy odpoczynku mowy być nie mogło. Kuwase przebiegłego na dudka wystrychnelim bowiem jadła oraz trunków pod jego okiem przywiezion bez liku. W pokoju naszego solenizanta ranka doczekalim, gdyż Kuwasa złowrogi chłód okropny sprowadził. Wśród konkursów i zabaw chyżo czas umykał toteż brat śmierci – sen po Johnego przybył. Zabrawszy nam kompana w naprędce ustalono, iż nie godzi się samego zostawiać w potrzebie. Ruszyła więc do komnat reszta przyjacioła aby wraz z Morfeuszem Johnego odnaleźć...




Pod Kolegiatą.








Pod Kolegiatą. W drodze na Uroczysko.






Na Uroczysku, skąpani w słońcu, w oczekiwaniu na ten moment.




Widok z wałów grodziska na bagna Kuwasy.












Kolegiata w promieniach zachodzącego słońca.

Czytanie "Uroczyska" i ostatnie pamiątkowe zdjęcia
przed opuszczeniem Tumu.





_________________
 
 
Czesio1
Administrator
Ojciec Prowadzący



Wiek: 42
Dołączył: 07 Lip 2013
Posty: 10527
Wysłany: 2018-06-28, 20:11   

12. zbychowiec


Wieczór w Borucie


Wejdę w słowo koledze Nemo, albowiem mnie to przypadł zaszczyt opisania zdarzeń tej pamiętnej nocy.
Pozwolę sobie najpierw wspomnieć o niezwykle nikczemnych uczynkach diabła Kuwasy, który wszystkimi swoimi siłami starał się zniweczyć nasze plany ujrzenia zachodu słońca w sąsiedztwie kolegiaty. A może wystawiał był nas ów przekorny diabeł na jakąś piekelną próbę? "Pokażcie mi, jak bardzo wam zależy na ujrzeniu mego królestwa w promieniach zachodzącego słońca, a ja być może będę wam łaskawy..."
Nie dość było Kuwasie, że złamał statyw od aparatu Konfiturka na dwie godziny przed wyjazdem. Nie dość było tego, że ustawił wlot studzienki ściekowej dokładnie pod samochodem Nemo, na którą ten najechał z całym impetem podczas wyjazdu do kolegiaty. Z powodu przedłużających się oględzin samochodu o mało nie spóźniliśmy się na zachód słońca. Całe szczęście, że duch Ojca Czesława cały czas nad nami czuwał: po szaleńczym wyścigu z czasem i jeździe bezdrożami dotarliśmy na grodzisko około 5 minut przed zachodem! Gdy jasnym się stało, że nic nie powstrzyma naszej nieustraszonej drużyny przed skonsumowaniem zachodu słońca, przewrotny diabeł postanowił pożegnać nas we właściwy sobie sposób i zaraz po zapadnięciu zmroku wytoczył swoje najcięższe działa: opadły nas ze wszech stron hordy jego wiernych sług, komarów. Broniliśmy się dzielnie i wytrzymaliśmy na przyczółku wystarczająco długo, żeby Kuwasie dało to do myślenia. Nieprawdą jest, jakoby odwrót z Uroczyska podyktowany był strachem przed Kuwasową armią, to najzwyklejszy głód poniósł nas z powrotem do ośrodka.



Nasza nieustraszona drużyna dzielnie stawiała czoła Kuwasie
i jego sługom, komarom. W końcu jednak trzeba było wycofać się
na z góry upatrzone pozycje.


Pełni uniesienia po cudownym zachodzie słońca, już w całkowitych ciemnościach, podążyliśmy drogą powrotną do ośrodka. Z królestwa Kuwasy do rewiru Boruty. Jestem ciekaw, który z nich wygrałby, gdyby doszło do konfrontacji. Wydaje mi się, że Kuwasa, bo sam Boruta nie zdołał uchronić nas przed psikusami Kuwasy nawet, gdy znajdowaliśmy się na terytorium Boruty. A może oni ze sobą współpracowali?
Po przybyciu na miejsce, nie tracąc czasu zabraliśmy się do rozkręcania naszego ostatniego wieczorku integracyjnego. Jako, że grill nie był dostępny tego wieczoru, impreza przeniosła się przed jeden z domków. Należy tu wspomnieć, że dnia tego wypadały urodziny naszego nieocenionego kolegi johny'ego. Było więc co świętować: cudowny zachód słońca, ostatnia noc na diabelskich włościach, święto naszego druha. Wytoczyliśmy beczki z miodem, strzeliły korki od szampana, wniesiono tacę z pieczonym prosięciem. No, może trochę przesadzam. Ale pamiętam, że baniaki z miodem Tomasza były na pewno, była też kiełbasa i kabanosy, i kanapki. Czegóż zresztą potrzeba łazikom do urządzenia biesiady? W takim znamienitym towarzystwie wystarczy paczka paluszków, aby poczuć się jak na balu w Wersalu. Bo to przecież oni się liczą, ci niepoprawni samochodzikowi marzyciele i ta pasja, która przywiodła ich tu z najdalszych zakątków Polski. Zew przygody, na który odpowiedzieli i nagroda, którą otrzymali. Uniosłem do ust plastikowy kubek z trójniakiem Tomasza i zadumałem się. Kiedy znów przyjdzie mi zobaczyć to miejsce i tych ludzi? Czy nadarzy się jeszcze kiedykolwiek okazja, aby się tu spotkać w takim towarzystwie i znów obejrzeć zachód słońca nad kolegiatą? Gdzie zaniosą nas koleje życia przez następne lata? Czy nie wchłonie nas codzienność, pogoń za karierą, sprawami "dorosłych"? Ludzie przychodzą i odchodzą, drużyna Pana Samochodzika topnieje, ale duch samochodzikowej przygody nadal będzie trwać. Kuwasa będzie błąkać się po bagnach w okolicach kolegiaty (na szczęście nie wszystkie dało się osuszyć) a ja obiecałem sobie, że będę mu składać wizyty przejeżdzając przez okolicę. Doszły do mnie dźwięki naszej imprezy: ktoś tam opowiadał o audiobookach z serii o Panu Samochodziku, ktoś inny pokazywał zdjęcia ze swoich wypraw. Johny otrzymał swój prezent urodzinowy, książkę (zgadnijcie jaką) z naszymi podpisami. Odśpiewaliśmy mu sto lat a Kuwasa zarechotał nam do wtóru. A potem jeszcze długo, długo się bawiliśmy. Gwoździem programu okazał się być szybki konkurs na żywo z wiedzy o kanonie Pana Samochodzika - zwyciężyła (oczywiście) Yvonne. I ja tam byłem, miód i wino piłem.


P.S. Nasz turniej z wiedzy o Panu Samochodziku tamtej nocy pięknie opisał Kapitan Nemo w swojej relacji z konkursu.
_________________

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało :-)
 
 
misia
Zlotowicz



Dołączył: 10 Lip 2013
Posty: 1226
Skąd: miasto Łódź
Wysłany: 2018-06-28, 20:11   

Dzień III – niedziela 8 września 2013 r.


13. misia


Opuszczenie OW Boruta, śniadanie w Łodzi


Na fajnych zlotach czas bardzo szybko płynie. Zanim się sobą nacieszyliśmy, trzeba było wracać do rodzinnych domów. Poranek przywitał nas szronem na trawie, ale wschodzące słoneczko szybko ocieplało otoczenie. Odjazd z "Boruty" wyznaczyliśmy na około 10. rano, bo wtedy najprawdopodobniej otwierano pierwsze bary z ofertą śniadaniową. Po ogarnięciu naszych pokoi zebraliśmy się przy wehikułach i ustaliliśmy, że udamy się do pierwszego napotkanego punktu śniadaniowego. I tak z pustymi brzuchami zaliczyliśmy kilka przybytków od przydrożnych barów po restauracje z górnej półki. Wszystkie zaproponowały nam posiłek od godziny 12. lub przywitały zamkniętymi drzwiami. Nasz zlotowy Nemo – głodomór pierwsza klasa - ledwo jechał, aż misia wymyśliła lokal na Pietrynie, gdzie pewna była oferta śniadaniowa oraz bardzo wyborne i rozmaite menu, którym wzgardził tylko ów smakosz Nemo, a któremu postanowił towarzyszyć Konfiturek. Tym samym oni zjedli najlepszą pizzę w mieście Łodzi, i wręcz się nią przejedli, a my degustowaliśmy naprawdę bardzo różnorodną i bogatą ofertę baru wegetariańskiego Green Way Food for Life. Była i klasyczna "jajówa" na maśle, i płatki z jogurtem, i kofta indyjska. Niektórzy, jak Milady zjedli śniadanie w domu i uraczyli się tylko dobrą, jarską kawą.
Zanim się posililiśmy, trzeba wspomnieć, że odwiedziliśmy także potencjalne miejsce, gdzie mógł mieszkać Zbigniew Nienacki w latach młodości oraz zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie w miejscu, gdzie w latach minionych znajdowała się kultowa kawiarnia Honoratka.
_________________

"Praw­da leży pośrod­ku - może dla­tego wszys­tkim za­wadza" - Arystoteles
 
 
Annie
Zlotowicz


Wiek: 42
Dołączył: 04 Sie 2013
Posty: 8
Skąd: k/POZNAŃ
Wysłany: 2018-06-28, 20:11   

14. Annie


Honoratka, Cmentarz Żydowski

Po pysznym śniadanku na ul. Piotrowskiej (Misia, Yvonne, Milady, panna Monika, TomaszK, zbychowiec, Johny, Annie) udaliśmy się pod tablicę upamiętniającą najsłynniejszą polską powojenną kawiarnię "Honoratka". Tablicę projektował Marian Konieczny-słynny polski rzeźbiarz, autor m.in pomnika "Nike Warszawska" czy mierzącego 95 metrów wys. Pomnika Chwały i Męczeństwa w Algierze. Inicjatorem wmurowania był krakowski filmowiec i dziennikarz, Leopold Rene Nowak, realizator filmu "Czarodzieje Honoratki". Dziś ten lokal zajmuje Bank. Zrobiliśmy kilka zdjęć uwieczniając nasze spotkanie. Pogoda była piękna. Kwadrans później byliśmy już wszyscy razem, ponieważ Capitain Nemo z Konfiturkiem zostali w pizzerii kończąc swoje śniadanko XXL.












Spacerek po Piotrkowskiej w Łodzi. Jest też "Grand Hotel"
znany z cyklu "Pan Samochodzik i...";



Śniadanie w "Subwayu" na Piotrkowskiej.




Przed byłą "Honoratką". Teraz jest tam bank. "Honoratka"
występuje również w paru powieściach Z. Nienackiego.



Róg ulicy Kruczej i Zarzewskiej to ponoć miejsce, gdzie mieszkał
w dzieciństwie Zbigniew Nienacki.




Breakfast of Champions: Konfiturek i Nemo zamówili sobie NA ŚNIADANIE na Piotrkowskiej po dwie pizze, bo w menu nie było wyraźnie napisane, czy pizza jest duża, czy mała. Niestety, nasi dzielni chwaci nie dali rady takiej górze jadła. Ale od czego są przyjaciele? Jeden telefon do pobliskiego Subwaya, gdzie akurat stołowała się reszta grupy, i pomoc nadeszła w ciągu niespełna 5 minut.


Pożegnalne zdjęcie ekipy na Piotrkowskiej w Łodzi.

Ostatnie wspólne zdjęcia, rozmowy i zrobiło się smutno z powodu pożegnania Tomaszka i Zbychowca. Mniej radośnie ruszyliśmy na największy cmentarz żydowski. Zajęło nam to ok. 20 minut. Na ogromnym terenie cmentarza (ok.40 ha) weszliśmy przez boczna furtkę od ul. Zmiennej. Stoi tam Dom Przed pogrzebowy z 1898 r. oraz pomnik ofiar Łódzkiego Getta wzniesiony w roku 1956. Przy głównej alei pochowani są przedstawiciele żydowskich rodów fabrykanckich. Najokazalsze jest mauzoleum rodziny Izraela Poznańskiego (wzniesione w latach 1903-1905). Dominuje jednak tysiące prostych macew. Znajduje się tam np. mogiła Juliana Tuwima. Na cmentarzu istniał w latach okupacji hitlerowskiej dziecięcy obóz. Na pamiątkę tej tragedii wzniesiony w tym miejscu pomnik w kształcie pękniętego serca. Niestety czasu nie starczyło by wszystko zobaczyć.






















Cmentarz żydowski w Łodzi.

Z bolącym sercem Annie musiała się pożegnać. Milady odwiozła mnie na dworzec. I znów łezka w oku się zakręciła. Pożegnania nie są łatwe. Pozostali uczestnicy zlotu zwiedzali jeszcze cmentarz, który został wpisany do rejestru zabytków 1980r.




Zaczytani są wśród nas
Zaczytani pierwszy raz
Tak po prostu bez pamięci zaczytani...
_________________

Góry są wyzwaniem,
Wyprawy oczekiwaniem,
Pogoda podstawą,
Zdobywanie szczytów zabawą.
 
 
Konfiturek
Zlotowicz
Degustator porzeczek


Dołączył: 10 Lip 2013
Posty: 307
Wysłany: 2018-06-28, 20:12   

15. Konfiturek


Pożegnanie


Nadszedł czas pożegnania. Stwierdziliśmy jednak, że przed rozstaniem warto osłodzić tą chwilę. Pogoda ku temu sprzyjała. Udaliśmy się więc do małej cukierni z myślą zafundowania sobie lodów gałkowych. Niewielki lokal mieszczący się w rogu budynku z trudem pomieścił tylu klientów naraz. Nasze zróżnicowane zamówienia wprowadziły pewien chaos w jego funkcjonowaniu. Pani obsługująca klientów ostatecznie nieco pogubiła się w ilości zamówionych kaw. Do tego zabrakło filiżanek. Ostatecznie udało się jakoś zrealizować zamówienie, a cała samochodzikowa ekipa ulokowała się na przykawiarnianym ogródku, gdzie pośród słonecznej aury dokonała konsumpcji lodowych smakołyków. Rozmowy toczyły się głównie wokół tematyki kolejnych zlotów. Padły też pierwsze podsumowania kończącego się właśnie Zlotu Tumsko-Łodziowego. Słodkie lenistwo nie mogło trwać wiecznie, nastąpił więc moment rozstania.
Misia, Milady, Panna Monika oraz Johny są, praktycznie rzecz biorąc, u siebie. Ja, Captain Nemo i Yvonne musimy jeszcze pokonać spory kawałek drogi. Po szybkim, aczkolwiek bardzo serdecznym, pożegnaniu lądujemy w kapitańskim samochodzie. Okazuje sie jednak, że nasz kierowca nie może odnaleźć nawigacji samochodowej.
Jako, że czas nagli, decydujemy się na jazdę bez niej. W ruch idą GPS-y zainstalowane w telefonach komórkowych. Droga wydaje się być prosta. Och, jakżesz złudne to było wrażenie. Zamiast jechać w kierunku Torunia, jakimś cudem odbiliśmy na autostradę w kierunku Poznania. Odwrotu nie było. Kontrolny telefon do Johnego uświadomił nam skalę błędu, jaki popełnilismy. Nic to... Trzeba jechać do samego Konina, skąd dopiero uda się odbić w kierunku Bydgoszczy. Problemem staje się limit czasowy - pociąg w Bydgoszczy czekać nie będzie. A następny jest dopiero po trzech godzinach.
Nemo dusi pedał gazu. Kluczy, wyprzedza... Słowem, kombinuje, ile wlezie, żeby zdążyć na czas.
Po drodze mijamy niewielką miejscowość o swojsko brzmiacej nazwie Honoratka. Nie możemy przejechoć obok takiego faktu obojętnie. Zatrzymujemy się i robimy pamiątkowe zdjęcie.



Nemo i Yvonne w Honoratce.

Przed dworcem PKP w Bydgoszcy jesteśmy na cztery minuty przed planowym odjazdem pociągu. Bez zbędnych ceregieli zabieram swoje klamoty i biegnę na peron. Na miejscu okazuje się, że władze PKP chyba wiedziały, że mogę nie zdążyć. Pociąg przyjechał z półgodzinnym opóźnieniem, więc spokojnie kupiłem bilet i bezstresowo dojechałem do samego Gdańska.
_________________

Dorośli bardzo rzadko przeżywają takie przygody jak Pan Samochodzik. Nie mają na to czasu.
 
 
TomaszK
Forowy Badacz Naukowy



Wiek: 56
Dołączył: 09 Lip 2013
Posty: 5119
Wysłany: 2018-06-28, 20:12   

16. TomaszK


Czartoria


W drodze powrotnej do Krakowa, postanowiliśmy ze Zbychowcem zaliczyć jeszcze jedno miejsce umieszczone przez Nienackiego w "Uroczysku" – górę Czartoria. Czartoria znajduje się na południe od Piotrkowa Trybunalskiego, obok miejscowości Ręczno. Jadąc od Piotrkowa trzeba skręcić w prawo za ostatnimi zabudowaniami wioski i jechać w górę do lasu.
W pewnym momencie natknęliśmy się na ruiny jakiegoś zakładu przemysłowego, zamkniętego chyba całkiem niedawno i porastającego krzakami. Zgodnie ze wskazaniami GPS-a Zbychowca, skręciliśmy w lewo dojeżdżając do anteny telefonii komórkowej i jakiejś konstrukcji wyglądającej jak zarośnięty kurhan z "Uroczyska". Idąc dalej przez las, już bez żadnej drogi, a jedynie kierując się w górę, doszliśmy w końcu na łagodny, porośnięty lasem szczyt - bez śladów jakiegokolwiek kamieniołomu.
W tym momencie doszliśmy do wniosku, że Czartoria była potrzebna Nienackiemu tylko jako nazwa nawiązująca do książkowego diabła. Chociaż rzeczywiście z ziemi wystawały jakieś skałki. A kiedy zaczęliśmy je okrążać, okazało się że dalej są coraz większe i większe, przybierając w końcu postać wyrobisk z pionowymi ścianami wysokości do 6-8 metrów. Cały ten teren jest porośnięty gęstym lasem, wyglądając bardzo romantycznie. Stwierdziliśmy, że Nienacki chyba rzeczywiście tu był i pewnie zbałamucił jakąś dziewczynę.
Nie znaleźliśmy niestety pieców do wypalania wapna, chociaż jak czytamy w książce, miały one postać "głębokich dziur, jakby jaskiń prehistorycznych o okopconych otworach", a coś takiego mogło już ulec zasypaniu i zarosnąć bez pozostawienia śladu. Były natomiast na szczycie ślady jakiejś betonowej podmurówki, może to resztki grobowca Regierungsratha? 60 lat temu, kiedy powstawała książka, lasu mogło nie być, bo drzewa nie są zbyt stare i góra mogła wyglądać tak jak opisał ją Nienacki: "Dołem obrastały jej skalny grunt niewielkie świerki i sosenki, wyżej zaś leżały białe piargi kamienia, osypiska gruzu wapiennego, otwory płytkich jaskiń, strome wąwozy po wydobytym kamieniu. Smutna, posępna pustka. To gdzieś pośród tych osypisk wądołów skalnych i stromizn niegłębokich przepaści, ukrywać się miał złośliwy diabeł Kuwasa."
Zostawiliśmy naklejkę forumową na jednym z drzew i w ten sposób zakończyliśmy Kuwasowy Zlot.



Kamieniołom na mapie satelitarnej. Map Data: Google.








Pustostany w drodze na polanę-parking.


Zarośnięty krzakami zbiornik wody na polanie.


Wdrapaliśmy się na ten zbiornik i zrobiłem zdjęcie dla potomności.


Przy schodzeniu ze zbiornika TomaszK został zaatakowany
przez pokrzywy, stąd ręce w górze.



A to już kamieniołom, TomaszK stoi na odkrytej skale wapiennej
żeby było widać skalę. Były tam znacznie większe, ale nie odkryte
w tak widoczny sposób.



Kamieniołom. Dość spore pofałdowanie terenu.


Betonowa struktura, prawdopodobnie wapiennik.


Nalepka zostawiona na pamiątkę.
_________________
 
 
Czesio1
Administrator
Ojciec Prowadzący



Wiek: 42
Dołączył: 07 Lip 2013
Posty: 10527
Wysłany: 2018-06-28, 20:13   

17. zbychowiec


Epilog


Tak oto, moi Kochani, zamknęliśmy ważny rozdział w historii naszej wesołej kompanii. Losy relacji, którą mieliście okazję przeczytać, są jakby potwierdzeniem nadnaturalnych zdolności Kuwasy do krzyżowania naszych planów i jego zaciętości w mszczeniu się za naruszenie granic jego królestwa. Sporządzenie jej obfitowało w wiele trudności i perypetii. Dzisiaj jednak, po miesiącach nadludzkich zmagań z przeszkodami rzucanymi nam pod nogi przez nienasyconego w zemście Kuwasę, nadszedł dzień ostatecznego tryumfu dobra nad złem. Po trzech miesiącach od zlotu - OTO JEST!! Piękny dowód na to, że jeśli się chce, to można! Można zorganizować wspaniały zlot (ukłony dla naszych nieocenionych organizatorów: Milady, Mirmiła, misi i johny'ego), można się zebrać w jednym miejscu i przeżyć wspaniałą przygodę. I nie musi to być nad morzem ani w górach, ponieważ to nie miejsca stanowią o tym, że nasze życie staje się przygodą, ale ludzie. To dzięki Wam udało się zrobić coś, co ja (i zapewne wielu innych) będę wspominać do końca żywota mego z łezką w oku. Stokrotne dzięki!

P.S. Jak się okazało, Kuwasa nie dał całkiem za wygraną nawet już po naszym wyjeździe. Kapitan Nemo został pozbawiony swojej nawigacji GPS, co utrudniło drogę powrotną ze zlotu i o mało nie udaremniło terminowej dostawy Konfiturka do pociągu. Na szczęście PKP stanęło na wysokości zadania i pociąg był opóźniony - na nic sztuczki diabelskie naprzeciw zdolności naszego krajowego przewoźnika. Johny utracił swój kabelek od komputera, do którego był niezwykle przywiązan. Jeszcze i teraz od czasu do czasu, gdy zły go humor najdzie, zaciska pięści na myśl o tym, jak go Kuwasa wyrolował i poprzysięga powrót pod Kolegiatę na kolejną "ustawkę". Zapewne po dziś dzień Kuwasa przypomina sobie o nas raz na jakiś czas i płata nam figle, abyśmy prędko o nim nie zapomnieli... A czy zapomnimy? Ba, gdybym to ja mógł wiedzieć, historia jeszcze nie spisana...



Ku pamięci.
_________________

Lepiej spróbować i wiedzieć, że się nie udało, niż żałować, że się nie spróbowało :-)
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group. Template GreyBlue v 0.2 created by Nasedo.
Strona wygenerowana w 1.07 sekundy. Zapytań do SQL: 15